Jedną z najgorszych rzeczy, jaką może zrobić muzyk po nagraniu świetnej płyty, to próbować nagrać ją jeszcze raz, powielając patenty znane z poprzedniego albumu. Weźmy Interpol – po rewelacyjnym Turn on the Bright Lights kilkakrotnie próbowali powtórzyć artystyczny sukces debiutu. Nie wprowadzając żadnych większych zmian do swojej twórczości, stopniowo stawali się swoją własną parodią, a o swojej ostatniej płycie nie usłyszeli ciepłych słów nawet od wieloletnich fanów. Przykłady można mnożyć, a wniosek pozostaje jeden – lepiej podjąć ryzyko porażki i spróbować, niż kurczowo trzymać się utartych szlaków.

Rok 2010 należał do Flying Lotusa. Cosmogramma przyprawiała o ból głowy ilością pomysłów upchanych w każdej minucie płyty. Wyglądało i brzmiało to tak, jakby Steven Ellison nie mógł powstrzymać zalewu intrygujących rozwiązań, jednocześnie starając się, by ani jedno z nich mu nie umknęło, a jako że płyta CD ma ograniczoną pojemność, upychał je tak ciasno jak to możliwe. W rezultacie otrzymaliśmy album, który nie pozwala o sobie zapomnieć do dziś, wciąż zmuszając do zastanawiania się nad strukturą połączeń nerwowych w mózgu twórcy.

Próba nagrania drugiej Cosmogrammy mogłaby okazać się dla Ellisona posunięciem samobójczym. Drugi tego rodzaju album zaprowadziłby go w ślepą uliczkę, przypinając mu łatkę tego gościa od elektroniki z twórczym ADHD. Flying Lotus wybrnął jednak z tej sytuacji po mistrzowsku, nagrywając płytę wystarczająco różną od poprzedniczki, aby mogła funkcjonować na swoich własnych prawach. A że nasz bohater eksperyment ma we krwi, już po pierwszych dźwiękach Until the Quiet Comes orientujemy się, przez kogo zostały one poskładane.

Chociaż sam twórca utrzymuje, że album koncentruje się na tematyce marzeń sennych, jest to tylko część prawdy. Rzeczywiście, Until the Quiet Comes jest płytą o zdecydowanie mniejszej intensywności niż Cosmogramma, a duża część utworów operuje delikatnymi dźwiękami, niskim basowym tłem oraz eterycznymi damskimi wokalami. Ich brzmienie jest o tyle ciekawe, że nawet wyraźnie słyszalny, połamany beat nie jest w stanie przesłonić ogólnego wrażenia zwiewności i wszechogarniającego spokoju.

Jednak tego rodzaju fragmenty płynnie przechodzą w kompozycje, które raczej nie skłaniają do wygodnego ułożenia się w łóżku i nakrycia kołdrą. Brzmienie przestaje być kojące, poszczególne motywy każą nieustannie podążać za swoją strukturą, a przecież liczne zabiegi produkcyjne tez dopominają się o naszą uwagę. Całość albumu pozostawia słuchacza raczej w zawieszeniu między stanem jawy i snu, nie pozwalając mu na zbyt długie zamknięcie powiek.

Na koniec krótki poradnik dla początkujących muzyków. Szukasz sposobu na rozgłos i doszedłeś do wniosku, że jednym z nich może być gościnny występ na płycie sławnego wykonawcy? Rozważasz odezwanie się do Flying Lotusa w tej sprawie? Nie radzę. Nieważne, czy nazywasz się Jan Kowalski, Thundercat (tak na marginesie – warto sprawdzić jego bardzo niedoceniony ubiegłoroczny album The Golden Age of Apocalypse) czy Erykah Badu, Steven Ellison stworzy z tobą świetny kawałek, w którym całkowicie zaginie Twoja własna muzyczna osobowość. Staniesz się jedynie kolejnym elementem muzycznej układanki, pieczołowicie sklejanej w całość przez Flying Lotusa.

Przy pomocy Until the Quiet Comes FlyLo potwierdza, że jest jednym z najważniejszych obecnie muzycznych twórców na świecie. Wniosek oczywisty, a więc stojący w zupełnym przeciwieństwie do dźwięków generowanych przez Stevena Ellisona na kolejnych płytach.

Nie ma więcej wpisów