Read the english version of the interview >>

Czteroosobowa londyńska grupa Django Django to z pewnością jeden z najważniejszych, a zarazem najbardziej enigmatycznych debiutów tego roku. Niezliczone hordy dziennikarzy muzycznych od dawna próbuje rozgryźć ich styl, nierzadko siląc się na niezdarne i/lub desperackie próby zaszufladkowania Brytyjczyków. Sama nazwa zespołu jest kolejnym czynnikiem, który momentalnie przykuwa uwagę i każe głowić się nad jej znaczeniem. Sama spędziłam dobrych kilka godzin próbując znaleźć odpowiedź na niezliczonych stronach internetowych. Ku mojej rozpaczy rozwiązanie łamigłówki wciąż znajdowało się daleko przede mną i to nie ze względu na brak informacji na ten temat. Problem stanowi fakt, że istnieją co najmniej trzy wersje historii związanej z nazwą zespołu. Czy grupa odziedziczyła ją po belgijskim muzyku jazzowym Django Reinhardtcie? Czy nazwali się tak ze względu na jego jąkającego się nauczyciela, który nie był w stanie wymówić nazwiska artysty? Wszystkie te historie budzą uśmiech na twarzy Jimmy’iego Dixona. Basista wyznaje, że grupa zawdzięcza swą nazwę… bohaterowi spaghetii westernów. Szukaliśmy nazwy i natrafiliśmy na Son of Django, płytę z kolekcji Dave’a. Jesteśmy ogromnymi fanami dancehallu i reggae, uwielbiamy stare spaghetti westerny. Niemożliwy do opisania gatunek, ciekawa historia związana z nazwą… Jesteście bardzo tajemniczy sugeruję. Tajemniczy albo zagmatwani  śmieje się Jimmy.

25 października w O2 ABC w Glasgow zespół zagrał jeden z największych jak do tej pory koncertów. Czterech muzyków postarało się, żeby publiczność bawiła się znakomicie i długo nie zapomniała szkockiego występu. Jako że zespół nie lubi się nudzić, wiele piosenek zostało zagranych w zupełnie nowych aranżacjach. Grupa wprowadziła też kilka ciekawych instrumentów, takich jak karton czy przełamana na pół łupina od kokosa. W czasie koncertu Django Django pokazali, że potrafią stworzyć wspaniałą więź z publiką. Wokalista Vincent Neff nieustannie rozmawiał z fanami ze sceny; cały zespół wydawał się niezmiernie szczęśliwy, że może grać dla szkockiej widowni. Dodane do tego perełki pokroju Hail Bop czy Default sprawiły, że stanie w miejscu było praktycznie niemożliwe.

Zanim muzycy weszli na scenę, złapaliśmy Jimmy’iego Dixona na krótką rozmowę o debiutanckiej płycie, trasie i jego ulubionej muzyce.

music is: Poznaliście się w szkole plastycznej w Edynburgu, prawda?
Jimmy:
Tommy, Dave i Vinny byli w Edynburgu, ale ja studiowałem w Glasgow. Dave i Tommy przyjeżdżali dość często, widywaliśmy się na wystawach i tego typu rzeczach. Vinny studiował architekturę, reszta z nas uczyła się malarstwa. Wszyscy poznaliśmy się w Szkocji, ale dopiero kiedy przeprowadziliśmy się do Londynu, odnowiliśmy kontakty i stworzyliśmy Django.

music is: Jak to się stało, że porzuciliście sztukę i zajęliście się muzyką?
Jimmy:
To nie do końca tak. Cały czas zajmujemy się projektami graficznymi, takimi jak plakaty i okładki płyt. Kiedy mieszkałem w Glasgow, jednocześnie graliśmy w zespołach i tworzyliśmy sztukę. Te dwie rzeczy złączyły się w jedną. Ale nie czuję jakbyśmy oddalili się od niej. Vinny pracował jako architekt, więc był jedynym z nas, który faktycznie musiał rzucić pracę i zająć się zespołem na cały etat. Ja dorabiałem w tym czasie w księgarni, Tommy projektował grafikę, a Dave pracował w pubie. Wydawało się nam, że najwyższy czas coś zrobić.

music is: Czyli wciąż zajmujecie się sztuką?
Jimmy:
Tak. Tylko, że Django zajmuje nam teraz większość czasu. Nie tworzymy tylu projektów, ile byśmy chcieli, zastąpiliśmy je czymś innym.

music is: Czas na pytanie odnośnie waszego stylu. Wiem, mnóstwo ludzi je wam zadaje. Wczoraj przesłuchałam płyty jeszcze raz. Chciałam spróbować opisać muzykę Django, ale okazało się to za trudne. Udało mi się tylko ustalić, że pierwszy utwór brzmi dla mnie jak melodia rodem z kosmicznej dżungli. Zdecydowaliście już jak opisać wasz gatunek?
Jimmy:
Nie do końca. Słuchanie tego, co wymyślili ludzie, jest zawsze dość zabawne. Ale dopóki nie jest to coś a la art rock pop albo elektroniczne indie. Było już kilka świetnych. Twoje porównanie jest dobre. Dziewczyna z Japonii, która przeprowadzała z nami wywiad, wymyśliła polifoniczne rockabilly… Był też tramp rock, albo kosmiczny tramp rock… Sam nie wiem. To w sumie fajne, zostawiać tę decyzję innym. Myślę, że od tego są dziennikarze. Muszą spróbować wpaść na kilka słów, które opisywałyby dany gatunek.

music is: Tak na prawdę nie da się opisać muzyki, prawda?
Jimmy:
Tak, to trudne. Nigdy nie wiedzieliśmy jak będzie brzmieć nasza muzyka, nie usiedliśmy i nie zdecydowaliśmy: Ok, zrobimy płytę, która będzie brzmiała tak i tak. Jakoś tak wyszło.

music is: Super, bo ludzie muszą się sami nad tym głowić. Wasz debiutancki album zyskał wiele pozytywnych recenzji. Niedawno przyznano wam też nagrodę magazynu Q dla najlepszego nowego artysty. Czy ta cała uwaga skierowana w waszą stronę nie wydawała się z początku trochę straszna?
Jimmy:
Spędziliśmy jakieś dwa lata na pisaniu i nagrywaniu piosenek. Płyta wyszła trochę później niż się tego spodziewaliśmy, bo chcieliśmy upewnić się, że jest dobra. Nie mieliśmy co do niej żadnych oczekiwań. Jak do tej pory wszystko idzie super, ale zawsze ma się w głowie ten głos: Dobra, teraz musimy nieco podwyższyć poziom. Ale nie możemy się tego doczekać. Zwłaszcza patrząc na to, co przygotowaliśmy na koncerty. Chcemy, żeby wszystko brzmiało lepiej, wyszlifować materiał, zmienić go w coś bardziej ekscytującego.

music is: Wspomniałeś, że pisanie albumu zajęło wam dość sporo czasu…
Jimmy:
Wypuściliśmy pierwszy singiel dosłownie parę miesięcy po tym, jak założyliśmy zespół. Zwykle grupy wydają jeden albo parę singli z albumu, ale my mieliśmy tylko jedną piosenkę. Ludzie obserwowali nas od samego początku. Pisaliśmy, mieliśmy kolejne pięć albo sześć piosenek, zaczęliśmy koncertować… Musieliśmy napisać więcej. Wydaje mi się, że zajęło nam to tyle samo czasu, co innym debiutującym zespołom. Wydaliśmy singiel, więc ludzie oczekiwali, że od razu wypuścimy płytę.

music is: Stresowało was to?
Jimmy:
Raczej nie, o dziwo czuliśmy się z tym dobrze. Nie myśleliśmy, że musimy wydać album w pośpiechu. Chcieliśmy wykorzystać dobrze czas i nagrać coś, z czego bylibyśmy bardzo zadowoleni. Nie było to ani trochę stresujące, bardzo dobrze się bawiliśmy. Nie mieliśmy ani grosza, więc nagraliśmy album w sypialni Dave’a na jego komputerze.

music is: Z tego, co udało mi się ustalić, bardzo dobrze się bawiliście. Na jednej z piosenek użyliście książki telefonicznej zamiast perkusji, prawda?
Jimmy:
Zgadza się. Na Firewater albo Love’s Dart.

music is: Użyliście jakiś innych eksperymentalnych instrumentów?
Jimmy:
Tak: dezodorantów, butelek po winie, Bóg wie, czego jeszcze. Dave nie miał perkusji, więc montował mikrofon do czego popadnie. W sumie perkusja to coś, co po uderzeniu wydobywa z siebie dźwięk. Uderzyć można wszystko. Pobawiliśmy się trochę i używaliśmy wszystkiego, co wydawało fajny dźwięk.

music is: Jesteście właśnie w trakcie trasy koncertowej. Co jak do tej pory jest waszym ulubionym wspomnieniem?
Jimmy:
Mamy ich mnóstwo. Latem byliśmy w Australii i Japonii, było wspaniale. Wróciliśmy właśnie z genialnej trasie po Ameryce. Zagraliśmy dwa razy w Nowym Jorku, Chicago, San Francisco i Kanadzie. W lato mieliśmy też koncert na Korsykańskim festiwalu. Czekaliśmy tylko, aż obudzimy się ze snu. Wszystko szło idealnie! Festiwal odbywał się na wyspie, piękne morze, piękna pogoda… Naprawdę genialnie! Dzień wcześniej graliśmy na szkockim T in the Park. Pogoda była okropna! Cały czas padał deszcz, zupełny Armageddon: ludzie ubabrani błotem, wkurzeni na wszystko… A my wsiedliśmy sobie do samolotu lecącego na Korsykę…

music is: Wspomniałeś Amerykę. Wasz debiutancki album wyszedł tam dopiero miesiąc temu. Jak czuliście się z zaczynaniem wszystkiego od nowa?
Jimmy:
Genialnie. Kiedyś zagraliśmy już mały koncert w Nowym Jorku. Klub był nieduży, sprzedały się wszystkie bilety. Ludzie byli naprawdę podekscytowani. Odnieśliśmy wrażenie, że znali już naszą płytę. Ale trudno powiedzieć, bo Ameryka to ogromne miejsce. Zagraliśmy tam pięć koncertów i wszystkie były niesamowite. Super, że mogliśmy tam pojechać, podróżować, spędzić czas w Nowym Jorku…

music is: Gdzie w Ameryce podobało ci się najbardziej?
Jimmy:
Bardzo chciałbym wrócić  do San Francisco. Przed koncertem spędziliśmy tam może z sześć godzin. Dotarliśmy do miasta, wyładowaliśmy rzeczy, zagraliśmy i od razu poszliśmy do hotelu. Miasto wydaje się być bardzo interesujące. Wcześniej byliśmy w L.A., które jest ogromne. Razem z Davem poszliśmy na spacer wzdłuż drogi. Wszyscy tam prowadzą, więc nie widzieliśmy nikogo przez dobrą milę. Minęliśmy może ze dwa sklepy. A potem wylądowaliśmy w zatłoczonym i żywym San Francisco. No i oczywiście Nowy Jork. Zadziwia mnie na nowo za każdym razem, jak tam jestem.

music is: Codziennie wstawiacie na swojego Facebooka album dnia. Czy masz jedną płytę, bez której nie mógłbyś żyć?
Jimmy:
(Bez zastanowienia) Pierwszy album The Stone Roses. Dorastałem z tą płytą. Kiedy miałem piętnaście lat, słuchałem jej codziennie.

music is: Ale trudno jest wybrać jedną, prawda?
Jimmy:
Tak. Wybrałbym też Pet Sounds Beach Boys. Jest pewnie ze sto albumów, bez których nie mógłbym żyć. Ale mój pierwszy wybór to na pewno The Stone Roses. Moja starsza siostra chodziła na ich wczesne koncerty, była wielką fanką. Pamiętam jak słuchałem ich mając jakieś osiem albo dziewięć lat. Bardzo mi się podobali. Potem słuchałem ich bez przerwy dwa albo trzy lata. Wiem, to brzmi to jak obsesja.

Nie ma więcej wpisów