Szarobury dzień. Niebo zachmurzone, padał deszcz, wiatr wyrywał starszym paniom parasolki z rąk. Prędkość chodu warszawiaków wzrosła jeszcze bardziej na skutek pragnienia ukrycia się przed tą depresyjną i melancholijną pogodą w swoich domach. W głowach dominują marzenia o herbacie z cytryną i książce pod kocykiem. Stojąc i czekając na autobus, z przystanku koło Coffee Heaven w centrum nie widać było Pałacu. Czy to 128 przyjechało? 127… Kurwa.

Basen odwiedziłem po raz pierwszy. Wybudowany w 1930 roku przetrwał do naszych czasów, gdzie spełnia dziś funkcję kulturalnego przybytku. Wchodząc, znalazłem się na poziomie balkonu, z którego można było ogarnąć wzrokiem całą przestrzeń pomieszczenia. Na samym dole (pływalnia) przygotowane krzesła ustawione były w równe rzędy, co narzucało pewien porządek i kulturę odbioru muzyki. Minuty mijały. Ktoś przewrócił szklanki na scenie, kelnerzy krążyli wśród krzeseł, wypatrując spragnionych, niektórzy rozsiedli się w leżakach za balustradą i sączyli swoje trunki. Czekałem.

Hidden Orchestra przed wydaniem swojego debiutu Night Walks z 2009 roku, występowali jako The Joe Acheson Quartet. To właśnie basista szkockiego zespołu jest założycielem i mastermindem całego muzycznego przedsięwzięcia. Pomagają mu: Poppy Ackroyd obsługująca klawisze i skrzypce, dwóch perkusistów – Jamie Graham i Tim Lane, a podczas trasy promującej ich drugi longplay Archipelago – na trąbce gra Phil Cardwell.

Przed koncertem trudno mi było ułożyć listę jakichkolwiek oczekiwań. Nieczęsto bywam na występach zespołów jazzowych (około jazzowych), stąd też pole doświadczeń, z których mógłbym czerpać materiał do definiowania swoich wymagań, było zawężone. Łatki, które najczęściej pojawiają się przy opisie Hidden Orchestra to jazz, classical, electronica, ambient. Mnie najbardziej frapowały te dwa ostatnie elementy. Odnajdywanie skrzętnie ukrytych smaczków na ich ostatnim albumie jest niemałą frajdą i ciekawiło mnie to, jak zostaną one przeniesione na przestrzeń sceniczną.

Szkoci zaczęli koncert utworem Overture (opener Archipelago), który od razu dał pewność wszystkim przybyłym, że nigdy nie znaleźliby lepszej alternatywy dla tego wieczoru. W głowie pojawiały się grafomańskie określenia jak: wielkomiejski zgiełk nocy czy smutek samotnej aglomeracji, jednak prościej będzie napisać o idealnej synergii atmosfery miasta, aury i muzyki. Naprzeciw siebie zostały postawione dwa zestawy perkusyjne, za jednym z nich ukryty był Acheson z basem, gmerający przy samplach. Centralne miejsce zajmował Cardwell z trąbką, a obok niego Poppy. Jeśli jazz w swojej definicji i podstawowych założeniach obejmuje w sporej części improwizację, tutaj dominowała precyzja i ostrość zarejestrowanego materiału. Jednak nie wiązało się to z jakimkolwiek scenicznym napięciem wśród samych muzyków. Może sprawiali wrażenie nieco onieśmielonych niecodzienną przestrzenią koncertową, ale gdy już grali, dało się zauważyć wymienianie uśmiechniętych spojrzeń. Prym wiodła Poppy, która zauważalnie odpływała przy generowanych dźwiękach, a na jej urokliwej twarzy gościł tylko błogi uśmiech, którym obdarzała publiczność i członków zespołu. Po zaprezentowaniu utworów Reminder i Seven Hunters, wrócili do pierwszej płyty, z której zagrali Strange. I to był chyba najbardziej melancholijny i magiczny moment koncertu. Oszczędność formy, ciepłe klawisze, ukryte click’n’cutsy, perkusjonalia grane miotełkami wizualizowały landscapy szkockich gór i wybrzeży.

Po wyjściu z Basenu szukałem w swojej pamięci gigu, który choćby zbliżony sposób uraczył mnie tak dopieszczonym brzmieniem. Nie znalazłem. Nie wiem, czy była to zasługa akustyki sali, dźwiękowca czy audiofilskich zapędów członków Hidden Orchestra, ale faktem jest, że brzmienie, które osiągnęli, było idealne. Natężenie dźwięków, ich faktura, przejrzystość – wszystko to sprawiało, że wystarczyło zamknąć oczy i oddać się (czarnej) magii. Na koniec wybrzmiał Antiphon, którego nie mogło zabraknąć. Publika po ostatnich dźwiękach stała i klaskała przed dobre pięć minut. Na bis usłyszeliśmy niewydany oficjalnie utwór. Joe zachęcił do nabycia płyt i kazał nam dbać o siebie. Tak zrobię, Joe. Obiecuję.

Nie ma więcej wpisów