Jeśli można odnieść sytuację społeczno-polityczną do sfery muzyki, to zespół Hey, z Katarzyną Nosowską na czele, nie musi obawiać się braku refundacji metody in vitro. Liderka szczecińskiego zespołu jest nad wyraz płodna muzycznie i nie musi wspomagać się nieaprobowanymi przez pewne opcje rozwiązaniami. Na szczęście, ilość produkcji sygnowanej jej nazwiskiem łączy się z jakością. Nie zawsze jest rewolucyjnie, ale zawsze utrzymany jest solidny poziom. Podobnie jest w przypadku najnowszego albumu Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan.

Rozpoczynająca płytę Wieliczka wprowadza w melancholijny nastrój obecny na prawie całej płycie. Akustyczne zwrotki nieźle dopełniają się z mocnym refrenem. W Co tam? można usłyszeć najlepszy gitarowy riff albumu. Prosty, wpadający w ucho motyw już na początku płyty sprawia, że po przesłuchaniu całości chce się do niego wrócić.

Pierwszym skojarzeniem z piosenką Woda było There There zespołu Radiohead. Nie jest to bezczelna kopia Brytyjczyków. Raczej luźne i nieświadome nawiązanie. Mam nadzieję, że będzie to drugi singiel i teledysk do niego dorówna klipowi do There There. (Swoją drogą, ciekawie wyglądałaby Nosowska biegnąca przez las).

Dwie piosenki z pierwszej części płyty …że kupidyn się tobą interesuje i Lilia, kula i cyrkiel nie wzbudzają większych emocji. Są kontynuacją wypracowanego we wcześniejszych utworach nastroju. Ciężko je jednak nazwać przerywnikami. Trwają przecież po trzy i pół minuty.

Przez pięć pierwszych utworów było spokojnie. W szóstym – Podobno – w wokalistce Hey wzbiera się furia. Jest mocniej. I instrumentalnie, i wokalnie. Kto tęsknił za wydzierającą się Nosowską, będzie mógł w pewnym stopniu załagodzić swoją nostalgię. Środkowa część płyty jest najbardziej elektryzująca i elektroniczna. W utworze Wilk vs. Kot na pierwszy plan wychodzą syntezatory. Gitary kryją się gdzieś po kątach. Nawet perkusja brzmi sztuczniej i bardziej agresywnie.

Po chwilowym przebudzeniu można znowu zatracić się melancholijnym spokoju. Bez chorągwi – mimo pulsującego syntezatora – wprowadza w nastrój drzemki. Monotonie powtarzana fraza Kto puka? To my brzmi jak śpiew grupy przedszkolaków, którzy właśnie udają się na popołudniowe leżakowanie. Ten fragment płyty sprawia, że aż chcę się po prostu uśmiechnąć. Chyba że ktoś nie znosi dzieci. W piosence Lot pszczoły nad tymiankiem i singlowym Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan wokalistce towarzyszy minimalistyczny akompaniament. Bardziej jak Nosowska solo. Pytanie: czy warto w dwóch projektach brzmieć podobnie? Niekoniecznie. Skłaniałbym się do opinii, że największy wpływ ma na to sama Nosowska. Co prawda, za produkcje jej solowych dokonań, jak i ostatnich płyt Hey odpowiada jedna osoba – Marcin Bors, to jednak w pracy z innymi muzykami udowodnił on, że potrafi odnaleźć się w różnych klimatach.

W ostatniej piosence gościnnie zaśpiewała Gaba Kulka. Z przyczyn techniczny jest na siłę wciśniętym zakończeniem i zaburza wypracowany przez ponad czterdzieści minut zwarty charakter Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan.

Na pewno jest to dobra płyta Katarzyny Nosowskiej, ale czy dobra płyta zespołu Hey? Mimo zastrzeżeń, nie mogę ocenić jej negatywnie. Wielu zespołom można zarzucić brak wyrazistości. W Hey centrum tej wyrazistości zawsze była i będzie Katarzyna Nosowska. Muzycy Hey konsekwentnie podążają drogą, którą obrali kilka lat temu. Dzięki temu można posłuchać muzyki, która ciągle ewoluuje, a nie męczyć uszy piosenkami rockowych dinozaurów nagrywających przez dwadzieścia lat według jednego schematu.

Nie ma więcej wpisów