Z Misią Furtak z zespołu très.b spotkaliśmy się, aby porozmawiać o kilku kwestiach związanych z jej poza zespołową aktywnością, a także wypytać o jesienne koncerty z zespołem Hey. Już dziś très.b  zagra w Poznaniu w hali MTP, natomiast 30 listopada w katowickim Mega Club, 7 grudnia w gdyńskim klubie Ucho, a dzień później w łódzkiej Wytwórni. Polecamy przed koncertami poczytać naprawdę szczerej rozmowy z Misią.

musicis.pl: Na początku trochę pogdybajmy. Czy zastanawiałaś się, co by było, gdybyś kilka lat temu na swojej drodze nie spotkała Thoma i Oliviera?
Misia Furtak: To jest bardzo trudne pytanie. Wiesz co? Mam teraz taki czas w swoim życiu, że się bardzo dużo zastanawiam nad wszystkim i to jest jedna z takich rzeczy, nad którą również się zastanawiałam, ponieważ  wiem, że gdybym nie wyjechała z Polski, to na pewno bym nie robiła muzyki.  Nie traktowałam siebie nigdy poważnie jako muzyka. Przed wyjazdem z Polski miałam lo-fi projekt, nad którym pracowałam w  pokoju mojego brata (bo tam był komputer) i nigdy w życiu nie ujrzał światła dziennego, ponieważ do dziś uważam, że był to mój absurdalny wygłup. Wygłup, który nie miał żadnego prawa bycia. Nie miałam żadnego wyczucia na temat tego co robię. Zdecydowanie wynikało to z braku pewności i zaufania do samej siebie. Dopiero w momencie, gdy wyjechałam do szkoły muzycznej w Danii i wszyscy tam byli takimi samymi muzykami jak ja, czyli robili wszystko na tzw. czuja, poczułam się na tyle wyluzowana, aby móc zacząć poważnie myśleć o muzyce. To że wyjechałam do Dani to raz, a to, że spotkałam tam Toma i Oliviera to dwa. Bo gdybym ich tam nie spotkała, to z pewnością moja muzyczna droga mogłaby prowadzić w zupełnie innym kierunku. Dzięki temu, że ich spotkałam, przeprowadziłam się do Kopenhagi, później do Maastricht, a później do Amsterdamu, więc być może gdybym ich nie spotkała, to po tej szkole muzycznej wróciłabym do Polski i po prostu tutaj skończyła studia i nie zajmowała się muzyką.

musicis.pl: Jak doszło do współpracy pomiędzy Tobą a Michałem Trzcińskim?
Misia Furtak:
Pewnego dnia Michał do mnie zadzwonił i zaproponował współprowadzenie audycji M2. Wszystko się świetnie złożyło, ponieważ ja od dłuższego czasu myślałam o tym, aby wrócić do radia (przyp. red. ostatnia przygoda Misi z radiem miała miejsce w 2004 roku). Michałowi zależało na pomieszaniu różnych gatunków muzycznych. Nie chciał skupiać się tylko i wyłącznie na elektronice i zależało mu na stworzeniu wypadkowej jego inspiracji z inspiracjami kogoś zupełnie odmiennego. I oto jestem.

musicis.pl: Jak czujesz się po tych kilku latach z powrotem w radiu?
Misia Furtak: Bycie prowadzącym audycję jest bardzo ekscytujące. Mam poczucie, że w radiu znajduję się na właściwym miejscu, dlatego niezmiernie się cieszę, że Michał zaproponował mi współtworzenie audycji w Radiu Kampus.

musicis.pl: Jak wam się razem współpracuje? Wywodzicie się z zupełnie innych gatunków muzycznych.
Misia Furtak:
Wydaje mi się, że gdybyśmy byli z tej samej bajki, to ta audycja byłaby zwykłą rozmową w takim własnym sosie, czyli prędzej czy później – zanudzilibyśmy naszych słuchaczy. Najczęściej, jeżeli Michał puszcza jakiś utwór, to ja albo tego nie znam, albo nie wiele wiem na temat danego artysty. Podobnie jest w drugą stronę. Zespoły, które są we mnie zakorzenione od kilku lat – Michałowi często niewiele mówią. I to jest właśnie w tym całym wzajemnym inspirowaniu najlepsze. Oddziałujemy na siebie, co sprawia, że zarówno ja jak i Michał otwieramy się na nowe doznania muzyczne, czego efektem jest audycja  M2.

musicis.pl: Jaką obraliście koncepcję na swoją audycję? Czy raczej płyniecie z nurtem, a może raczej co ma się wydarzyć, to się wydarzy?
Misia Furtak:
Głównym założeniem jest jak najczęstsze zapraszanie gości do naszej audycji, a co za tym idzie sfera muzyczna mocno związana jest z danym artystą, którego zapraszamy. Staramy się być także jak najbardziej na bieżąco z premierami płytowymi, a także z koncertami, które odbywają się aktualnie w Polsce. Pomysłów na samą koncepcję jest sporo, ale zdajemy sobie sprawę, że w godzinnej audycji nie zawsze uda nam się puścić wszystko, co byśmy chcieli. Podążamy tropem  pokazywania słuchaczom bieżących kwestii.

musicis.pl: Czy traktujesz tę audycję jako pewnego rodzaju misję edukacyjną?
Misia Furtak:
Wiesz co, czuję się tak zupełnie normalnie, jakbym opowiadała komuś znajomemu po prostu o tym, czego aktualnie słucham. Nie czuję, żebym za pomocą tego przekazywała jakieś wielkie walory edukacyjne, aczkolwiek wiem, że bardzo wiele osób wcześniej nie słyszało o artystach, których puszczam w audycji. Po każdej audycji dostajemy zapytania odnośnie tracklisty z danej audycji i może faktycznie to jest pewien element misji edukacyjnej (śmiech).

musicis.pl: W czym tkwi zatem problem, że wiele osób nie ma zielonego pojęcia, co aktualnie dzieje się w muzyce? Brak kanałów informacyjnych? Brak czasu, a może jesteśmy narodem znieczulonym na dźwięki?
Misia Furtak:
Zaczęłam się nad tym ostatnio zastanawiać i porównywać realia polskie z holenderskimi. Mieszkałam trochę lat zagranicą i tam nowa muzyka zawsze docierała do ludzi i była bardziej dostępna. Wynikało to między innymi z tego, że wiele młodych zespołów, które później są rozpoznawalne międzynarodowo ma możliwość pokazywania się w klubach i klubikach, bardzo często na kilkanaście, kilkadziesiąt osób. Kiedy później wracają z debiutancką albo po prostu z kolejną płytą, są już bardziej rozpoznawalni i ludzię są ich ciekawi. W Polsce jest tak, że jeżeli nie należysz do grona osób poszukujących, szperających przez zakamarki internetu, to w zasadzie nie mam pojęcia, skąd może to do ciebie przychodzić. Ludzie też bardzo mało szukają, a co najdziwniejsze – sami dziennikarze przestali szperać i są słabo poinformowani. Miałam ostatnio taki przypadek, że dziennikarz przeprowadzający ze mną wywiad zapytał mnie o płyty, których aktualnie słucham  i okazało się, że nie zna żadnej z płyt które wymieniłam. Nie powiem, nazw, bo nie chcę nikogo wprowadzać w zakłopotanie, ale miał minę jakbym rzucała jakimiś czarami.

musicis.pl: Podobno coraz mniej ludzi chodzi na koncerty. Problem najprawdopodobniej tkwi w coraz większej ilości darmowych koncertów. Zgadasz się z tym?
Misia Furtak:
Całe szczęście, nie zauważyłam tego na naszych koncertach, ale dochodzą mnie słuchy, że zespoły odwołują część koncertów na trasie z powodu małej ilości sprzedanych biletów. Nie wiem, czy jest to problem wynikający z braku potrzeby chodzenia na koncerty czy z braku kasy. Z pewnością do kurczenia się rynku koncertowego przyczyniają się darmowe miejskie imprezy plenerowe, podczas których możesz zobaczyć i usłyszeć artystów za darmo. Poważnym problemem jest także brak infrastruktury koncertowej. Ludzie bardzo często się zniechęcają po jednym, drugim koncercie w klubie, w którym nagłośnienie pozostawia wiele do życzenia. Fani płacą za bilety, mają ochotę spędzić przyjemny wieczór ze swoim ulubionym zespołem, a w zamian otrzymują z głośników dudnienie i sprzężenia. Bardzo często zespół nie ma na to wpływu, ale obrywa się właśnie jemu i na kolejny koncert przyjdzie powiedzmy o połowę osób mniej. Trzeba także pamiętać, że artyści, tacy niekomercyjni, nie zarabiają kroci na takich koncertach. Niektórym może się wydawać, że dany artysta czy zespół ma niewiadomo jaki zysk z grania i bycia trochę popularnym.

musicis.pl: Czy Fryderyk otwiera w Polsce drzwi do kariery?
Misia Furtak:
Po pierwsze, jestem bardzo dumna, że zaraz po przyjeździe do Polski otrzymaliśmy tę nagrodę, będąc tak naprawdę nikim z nikąd. Dla nas to było ogromne zaskoczenie, że po wydaniu płyty we wrześniu otrzymujemy jedną z ważniejszych nagród muzycznych w Polsce, będąc nieznanym nikomu zespołem. Byłam w totalnym szoku. Już nominacja była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy, że ktokolwiek o nas słyszał. Kłamstwem jednak byłoby stwierdzenie, że ta nagroda otwiera drzwi do kariery w Polsce. To jest bardzo prestiżowe i nobilitujące, ale nie oszukujmy się – to nie ma przełożenia na przykład na sprzedaż płyt czy też większą liczbę bookingów. Na pewno przekłada się to na większe zainteresowanie w mediach. Jest to kolejny element pomagający w rozwoju kariery muzycznej, ale jeżeli ktoś oczekuje po tym niewiadomo jakich wyników sprzedażowych, to jest w błędzie. Według mnie, za mało skupiamy się na debiutujących artystach. Szkoda, że za nagrodą za debiut nie idą np.: czas antenowy w telewizji, w radiu, jakaś kasa albo usługi PR managera, które pomogą takiemu artyście się dalej rozwijać.

musicis.pl: Przed wami trasa koncertowa z zespołem Hey, który promuje swój najnowszy album. Jakie w związku z tym towarzyszą tobie emocje? Jakie emocje towarzyszą tobie, gdy słuchasz tej płyty?
Misia Furtak:
Pamiętam to jak dziś, kiedy zagraliśmy pierwszy koncert z zespołem Hey. Wtedy ich supportem był zespół Muchy, a my byliśmy tak trochę na doczepkę. Do dziś czuję te emocje, kiedy zeszłam ze sceny, zaczęłam słuchać ich występu i przeniosłam się w momenty, kiedy po raz pierwszy słyszałam te numery. Pomyślałam sobie wtedy, że to niewiarygodne, że jeszcze kilka lat temu słuchałam płyt Hey’a, a dziś występuję z nimi na jednej scenie. Z tej całej euforii aż mi się w głowie zakręciło (śmiech). Kolosalne wrażenie. Na domiar tego, po koncercie cały zespół na czele z Katarzyną podziękował nam, że z nimi zagraliśmy. Wtedy to dopiero ugięły się pode mną kolana z wrażenia. Polecam każdemu takie przeżycia.

Najnowszy album Hey to ten typ albumu, który ja nazywam grower. Powoli  się wwierca i zanim się obejrzysz nie możesz przestać go słuchać. Z każdym nowym przesłuchaniem odkrywasz nowe rzeczy. Ten album jest spokojniejszy, bardziej stonowany ale z dużą dawką emocji. Muzycznie – bardzo nowoczesny. Podoba mi się to, że zespół ewoluuje, że podąża za muzycznymi trendami, a często nawet je wyprzedza. Jestem dumna, że taki album wychodzi w Polsce, bo tu brakuje artystów, którzy podążają z duchem czasu. Tym bardziej niesamowicie się cieszę, że zobaczę się z nimi podczas tej wspólnej trasy.

musicis.pl: Pozostańmy jeszcze chwilę w tematach koncertowych. Występ którego artysty cię zmiażdżył?
Misia Furtak:
Koncert, który mnie zmiażdżył? The National w Teatrze w Chorzowie to na pewno. Phoenix w Amsterdamie, zaraz po wydaniu płyty. Grali w Paradiso. Pamiętam, że w tym dniu basista miał urodziny. Stałam pod sceną i szalałam z uprzednio zakupioną poduszką z napisem Wolfgang Amadeus Phoenix jak jakaś nastolatka. Poruszający koncert PJ Harvey w Sali Kongresowej. Ona sama na tak dużej scenie. Fenomenalny odbiór. Podczas tegorocznej edycji OFF Festivalu zmiażdżył mnie Thurston Moore. Widziałam już Sonic Youth dwukrotnie, ale nie spodziewałam się, że jak on sam wyjdzie na scenę, to tak bardzo mnie zmiażdży. Na poprzednim OFFie świetny był Twin Shadow. A jeszcze z czasów amsterdamskich- jeden z pierwszych koncertów Bon Ivera. To było niesamowite przeżycie. Wspomniany wcześniej klub Paradiso. Na dole koncert Feist, a na górze Justin Vernon i ja biegająca z góry na dół. I cała sala płacze na what might have been lost, don’t bother me. Teraz bardzo chciałabym jak najszybciej zobaczyć Grizzly Bear i Tame Impala z nowym materiałem. Te dwie płyty są moimi faworytami do płyt roku. Tak, zdecydowanie to są koncerty, które bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć jak najszybciej.

Nie ma więcej wpisów