Ulice Katowic plakatami Parov Stelar od dawna szeptały na ucho przechodniom: Bądź. Koncert odbył się w bardzo dobrze znanym katowiczanom, może już kultowym klubie: Mega Club. To właśnie tam 14.11 z kilkuminutowym opóźnieniem wkroczyli na scenę: Max the Sax, saksofonista, grający na trąbce Jerry Di Monza i oczywiście ukrywający się pod pseudonimem Parov Stelar, austriacki DJ, Marcus Fureder. Jako suport zagrał DJ None, który rozgrzał publiczność remixami samego Parova, co było ryzykownym i raczej nieudanym zabiegiem.

The Parov Stelar Trio to oprócz swego niepowtarzalnego wizerunku artystycznego, wyjątkowe, hipnotyzujące klubowe show. Choć trasa ma na celu promocję najnowszego albumu The Princess to na koncercie słyszeliśmy przeważnie utwory z krążka Coco. Nie zabrakło Catgroove, Coco czy The Phantom, które wznieciły na dobre ogień na parkiecie Max the Sax i Jerry Di Monza trzymali kontakt z publicznością od pierwszych sekund występu podając dłonie, śmiejąc się i machając do tych, którzy zajęli miejsca na balkonach. Zaserwowali nam bezdyskusyjnie gigantyczny zastrzyk energii. Ubrani na czarno, z okularami przeciwsłonecznymi i szelkami dyndającymi przy udach idealnie wkomponowali się w klimat prezentowanego materiału.

Elektroniczne, hausowe wariacje utworów Furedera zaczarowały publiczność. Matilda wykręciła żołądki, a Booty Swing swoim flow porwała ludzi do tańca z saksofonem i trąbką. Parov wyeksponował swoich muzyków, którzy grali, tańczyli i wygłupiali się przed konsolą.

Co najbardziej raziło to brak bandu. Kiedy Marcus Fureder przybył wraz z całym instrumentarium do Wrocławia publika szalała w żywym świecie dźwięków Parov Stelar. Wizyta trio w Katowicach możemy nazwać najwyżej fantastyczną imprezą, popisem DJ-skich możliwości Austriaka. Był to set, który swoją energią podtrzymywali faceci w czerni. Ciągle uśmiechnięci co chwilę popisywali się wyśmienitymi solówkami. Tłusty bas oplatał bębenki i wystarczyła chwila aby zatopić się w tym eklektycznym szaleństwie.

Kiedy saksofon i trąbka opuściły scenę, Marcus Fureder nie zakończył swojego występu. To był jedynie koniec pierwszej części show. Bez chwili wytchnienia zamienił się w bezlitosnego DJ-a, serwującego ciężkie, wszystkim znane numery we własnej aranżacji. Parov to Parov… więc trzeba mu wybaczyć remix Barbary Streisand Duck Sauce czy Jacksona. To co boli, to fakt, że tak wyczekiwany występ stawał się chwilami monotonny i po prostu nudny.

Ci którzy zakochali się w swingu Parova z pewnością mają na językach cierpki smak zawodu. Namiastką afrodyzjaku jakim jest Parov Stelar, tego czegoś – był Max the Sax, Jerry Di Monza i cygaro w ustach Fureder’a… Jednak czytając komentarze pod wydarzeniem na Facebooku nie ma wątpliwości. Fureder nie zawiódł swoich fanów, którzy opisują występ słowami: Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był na lepszym show.

Nie ma więcej wpisów