W natarciu ulubieńca młodocianej publiczności – Skrillexa – należy wytężyć wszelkie umysły, wszystkie działa wystawić do walki, aby się przebić. Tym bardziej, że to właśnie amerykański producent wywołał wielki boom na elektroniczne dźwięki, które wtłaczają się do głów nastoletnich imprezowiczów. I nie odpuszcza, mimo że od pierwszych podrygów w masowej wyobraźni mijają już dwa lata. Nie oceniając jednak muzycznego wkładu Bangarang w historię, szósty album Kanadyjczyka w niczym nie jest do niego podobny, choć również sięga po środki mające – mówiąc wprost – sprzedać deadmau5’a.

Jest więc zaproszenie do wspólnego numeru Gerarda Way’a, jest występ lekko zapomnianych już Cypress Hill, w końcu mamy i akcent kobiecy pod postacią Imogen Heap. Lecz choć muzyczna armia wydaje się duża, to jednak nie broni się sama w sobie. Nie atakuje pomysłowością i jakością brzmień. Nie kłócąc się jednak o reakcje jakie wywołuje Professional Griefers, można stwierdzić jedno – chodzi o zwrócenie oczu i uszu ku postaci Joela Zimmermana. Singiel nagrany z wokalistą My Chemical Romamce staje się więc nieco karykaturalny co do swoich zamierzeń – bardziej przebojowy niż klasyczny, trącący banałem niżeli mrokiem. Ale takie numery rządzą się swoimi prawami, które mogą zostać zanegowane bądź wręcz przeciwne – uwielbione przez fanów DJ-a.

Tym pierwszym z pewnością przypadnie do gustu klasyka brzmień techno podana w Take Care of the Proper Paperwork czy zapętlone szaleństwo EDM spod znaku Justice w Math. To już czysta ortodoksja, pozbawiona wokalnych uniesień, epatująca jazgoczącym loopem. Najlepiej wypada jednak trance’owy Superliminal, który atakuje narkotycznym klimatem oraz progresywny October. Deadmau5 stracił jednak chęć do walczenia o słuchaczy za pomocą cięższych pomysłów, dlatego postawił na nadmierne uproszczenie swojego stylu. Na szczęście Channel 42 czy Fn Pig nie są może klasyką brzmień techno, ale jednocześnie nie idą w dalekie rozmycie. Pozostają jednak nijakie – podobnie jak wspomniana już kolaboracja hip-hopowa.

Druga część albumu to jednak nie dubstep, a brzmienia bliższe house’owi w wersji chill – The Veldt z kojącym głosem Chrisa Jamesa czy popowi – Telemiscommunications. Ten drugi utwór jest jednak pozycją zupełnie bezsensowną, w której Imogen Heap swoim melancholijnym nastrojem wypełnia całość utworu, nie pozostawiając miejsca na elektroniczne sztuczki samego producenta. Tak bardzo, że nachodzi pytanie: czy to aby jeszcze sensowne umieszczać ten utwór na płycie deadmau5’a a nie Brytyjki?

Dochodzimy więc do zasadniczego problemu: do kogo tak naprawdę skierowana jest płyta? Deadmau5 pewnie podzieli swoich słuchaczy na kilka grup. Właśnie dlatego > album title goes here < przybiera wiele wcieleń i miliony mogą przypisać mu swoje własne tytuły. Każdy znajdzie jeden kręcący go kawałek odtwarzany później w kółko na swoim iPodzie. I tak deadmau5, choć może z nie najlepszą formą, trafi do największej liczby słuchaczy. Będzie to zwycięstwo, ale nie pod względem wizjonerskim. Ale może wcale o to nie chodzi.

Nie ma więcej wpisów