15 listopada lizbońska publiczność miała okazję uczestniczyć w pierwszym portugalskim koncercie grupy The Irrepressibles w Lux Clube. Jak na dość niszowy zespół, który grał zaledwie godzinę, bilety nie grzeszyły ceną, więc słuchacze mieli prawo wymagać wszystkiego tego, co najlepsze. Faktem jest, że koncert promowany był w wielu miejscach. Skuszona ciekawymi zapowiedziami – wybrałam się i ja.

Urocza, popowa, teatralna ekstrawagancja na żywo wypadła blado. Czytając opisy koncertu przed pójściem do klubu Lux, można było nastawić się (niestety, mylnie!) na największe show wszech czasów. Solidna dawka choreografii? Jeśli nazwiemy tak wygibasy keyboardzistki i Jamiego McDermotta oraz ruchy rodem z Matrixa dwóch perkusistów – tak, była. Moda? Przejawiała się w oryginalnych rajstopach i butach na obcasie jedynej kobiety w zespole oraz doczepionych frędzlach przy koszuli wokalisty. Nagość? Widocznie koncert nastawiony był na publikę poniżej 18 lat. Nagie, wątłe torsy perkusistów były wszystkim pod tym względem. Jeśli chodzi o obietnice przedkoncertowe – zapowiadanej gry świateł było podczas występu The Irrepressibles najwięcej. Dodatkowe efekty to wyświetlenie dwóch teledysków w trakcie całego koncertu. Ponadto, przez pierwszą połowę koncertu zespół zaszczycił przybyłych tylko jednym, jakże wylewnym Thank you. Pewnie byłoby im to wybaczone, gdyby koncert choć trochę przypominał wyobrażenia i oczekiwania. Dużo szumu o nic. Gdy popatrzyło się na koncertowych współtowarzyszy, nie wiadomo było, jak należy zinterpretować ich zachowanie. Czy wszyscy ani drgną, bo tak porusza ich to, co dzieje się na scenie, czy po prostu ziewają znudzeni i odliczają minuty do końca (i tak krótkiego) koncertu.

The Irrepressibles z pewnością dotrzymali obietnicy traktującej o promocji ich najnowszej płyty Nude. Faktycznie, większość utworów była z ostatniego albumu. Publiczność miała okazję usłyszeć piosenki takie jak: Arrow, New World, Tears czy The Ship. Zespołowi nie można także odmówić magii, którą roztacza swoją muzyką. Mimo niedociągnięć, o których już wspomniałam, utworami płynącymi ze sceny można było się zahipnotyzować. Raziło zbyt wiele wstawek z playbacku (co 10 osób w zespole, to jednak nie 4), natomiast nie powinno się niczego zarzucić czystości wykonania piosenek. Mroczno-melancholijna muzyka pozwalała na chwilę odpłynąć do innego świata. Szkoda, że ta chwila trwała jedynie godzinę. The Irrepressibles zakończyli koncert wyczekiwanym przez wszystkich In This Shirt z ich debiutanckiej płyty Mirror Mirror.

Występ The Irrepressibles, niestety, nie był show, którego wszyscy się spodziewali. Możliwe, że było to spowodowane niepełnym składem zespołu, gdyż kwartet z pewnością trudno jest nazwać orkiestrą. The Irrepressibles w nagraniach ze studia to bezsprzeczna perełka, jednak występ niezawierający nawet połowy zespołu – jest nieporozumieniem. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się zmienić zdanie i sprawdzić, co było przyczyną nie do końca udanego koncertu w Lizbonie – po ujrzeniu całego, nieokrojonego składu zespołu.

Nie ma więcej wpisów