To co działo się w piątkowy wieczór w poznańskiej MP2, czyli hali nr 2 Międzynarodowych Targów Poznańskich, było dość zadziwiające. Przede wszystkim, rzadko się zdarza, żeby przed koncertem głównej gwiazdy – którą w tym wypadku był zespół Hey – zagrały dwie, dobrze już znane formacje. Zanim mogliśmy posłuchać Kasi Nosowskiej i reszty zespołu, na scenie pojawił się zespół très.b, a zaraz po nich zagrali Anglicy z Dry the River.

Od samego początku tego wydarzenia dało się zauważyć dość małą frekwencję. Myślałem, że to z tego względu, że supporty zazwyczaj cieszą się o wiele mniejszą popularnością, aniżeli występy gwiazd. Jak się jednak okazało, to nie do końca była prawda. Jeżeli udaje Ci się dopchać pod scenę niemal w każdym momencie koncertu, to nie jest dobrze.

Koncert très.b był pierwszym tego wieczoru zaproszeniem pod scenę. Misia Furtak przyciągnęła nie tylko zjawiskowym wyglądem, ale też dźwiękami, które rozpłynęły się po terenie całej hali. Ci, którzy znają już chociaż odrobinę twórczość tego międzynarodowego trio, wiedzieli, czego się można po nich spodziewać. Usłyszeliśmy utwory z obu albumów: The Other Hand i 40 Winks of Courage. Zespół został zaproszony do wspólnego koncertowania przez członków zespołu Hey. Razem będzie ich można jeszcze zobaczyć w Katowicach, Łodzi i Gdyni. Po koncercie, każdy kto miał ochotę podejść, porozmawiać i zabrać odrobinę muzyki très.b, miał taką okazję, bowiem Misia przez dłuży czas została jeszcze na terenie targów. A to, jak zespół prezentował się na MTP, możecie zobaczyć tutaj.

Zaraz po nich na scenę wyszedł angielski zespół Dry the River. Szczerze mówiąc, nastawiłem się na bardzo spokojny, akustyczny wręcz koncert. Jednak to, co zobaczyłem, niewiele miało wspólnego z moimi przepuszczeniami. W sumie, dobrze, bo zespół pokazał – przynajmniej dla mnie – zupełnie nową twarz. Miało być spokojnie, a ich muzyka aż człowieka podrywała do skakania. W szczególności Peter Liddle, który biegał na boso i co chwilę – z niezwykłą lekkością – wskakiwał na bęben basowy. Były momenty muzycznego szaleństwa, a także melancholii. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Will Harvey, który z tyłu sceny grał na skrzypcach. W sumie grał, to jest mało powiedziane. Mimo tego, że wizualnie od reszty grupy troszkę odstawał, to swoimi dźwiękami wyraźnie zaznaczał swoją obecność, a w pewnych momentach nawet dominował.

Podczas ich koncertu mogliśmy pobujać się m.in. do No Rest, a także usłyszeliśmy fenomenalny kawałek New Ceremony. Całość wypadła świetnie i jeżeli będziecie jeszcze mili okazję spotkać się z Dry the River, to nad kupnem biletu nie zastanawiajcie się ani minuty. Zobaczcie zdjęcia z tego występu.

Natomiast co do występu gwiazdy tego wieczoru, czyli zespołu Hey, mam dość mieszane uczucia. Żeby nie dać się zjeść hejterom, nadmienię tylko, że fanem grupy jestem od dawna, a osobę Kasi Nosowskiej ubóstwiam za całą jej artystyczną twórczość i osobowość. Od pisania tekstów piosenek, po często mocne, ale też przezabawne felietony.

Poznański koncert był drugim, który promował ich najnowsze dzieło, czyli album Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan. To oczywiście tłumaczy hegemonię nowego materiału na setliście koncertu. Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Jednak kiedy zespół wydaje nowoczesną płytę, którą pokazuje, że się rozwija i idzie z duchem czasu, to zmiana aranżacji starszych utworów jest chyba konieczna. Tydzień wcześniej, w tym samym miejscu pokazała to Ania Dąbrowska. Mimo że pojawiły się takie utwory jak: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, A ty? i Umieraj stąd, to miałem wrażenie, że są raczej kolejnym odśpiewaniem. W zestawie znalazł się także jeden cover. Była to piosenka Everybody’s Got to Learn Sometime, którą w oryginale wykonuje The Korgis. Przez to koncert był dla mnie raczej poszarpany.

Rozglądając się po sali, pomyślałem, że to może przez to, że fani zespołu nie zmieniają się razem ze swoimi idolami. Miałem wrażenie, że wszyscy chcieli poskakać do znanych kawałków i tylko przy okazji posłuchać wydanego niedawno krążka. Nowy materiał, to nowy materiał. Kochamy, bo to Hey, ale czekamy na ten rockowy czad. No i się doczekali. Na jedynym bisie, w którym mogliśmy uczestniczyć, zespół zaśpiewał piosenki, które zna nawet każdy antyfan zespołu: Teksański, Moja i Twoja nadzieja i [sic!] na koniec. Uwielbiam je, ale moim zdanie to absolutnie nie pasowało do konwencji płyty.

Do bogatej oprawy koncertu, muzycy z Hey zdążyli nas już przyzwyczaić. Świetlne wizualizacje pokazywane na specjalnych ekranach, znany z teledysku zabawkowy kot, który do nas machał i Kasia grająca na bębnach – wszystko to budowało klimat tego wydarzenia. Jednak to, co najbardziej obrazowało brak zainteresowania tym koncertem, to fakt iż stojąc zaledwie parę metrów od sceny, miałem przed sobą mnóstwo wolnego miejsca. Na Hey’u parę lat temu byłoby to nie do pomyślenia.

Nie ma więcej wpisów