Nieczęsto zdarza się sięgać po taką muzykę, bo i trudno trafić na coś pokroju Goat, jeśli naprawdę nie interesuje się artystami skandynawskimi. Jednakże grupie ze Szwecji udało się przebić do świadomości ludzi spoza swojego kraju. To dobrze, bo World Music warte jest odnotowania w podsumowaniach tego roku. Wszystko dzięki niesamowitemu poczuciu obcowania i doświadczania jakiegoś rytuału, pierwotnych instynktów, które wydobywają się poprzez plemienne wybicia bębnów, brzmienia afrobeatu, szumów i dudnień jakie przerażają i fascynują.

Gitarowe Goatman ze swoimi melodyjnymi wykrzyknieniami i świetną pracą rytmiczną bębnów przypomina w jakimś stopniu The Dead Weather. To jednak tylko skojarzenia, które przywodzą na myśl energia obu zespołów i psychodelia, która niejednokrotnie wynika z ich muzyki. Bardziej odnoszącej się do takich gatunków jak blues czy w tym wypadku folku – przekutych jednak w gitarową progresję. Enigmatyczne i rozdzierające sprzężenia gitar Goathead zmieniają się w jednym momencie w spokój i melancholię przypływów fal, co jest zabiegiem ciekawym i dość niespodziewanym.

Goat są o wiele bardziej elastyczni i intrygujący. W swój dorobek wkładają również funk wzbogacony anonimowymi żeńskimi wokalami i elementami jazzu, które tchnie brzmieniem swobodnego studyjnego jamu w Let it Bleed czy Disco Fever. Wszystko to oczywiście dalej tętni szaleństwem riffów i niemal metalowych naleciałości, czyniąc z utwory spójne i jednocześnie daleko różne od siebie. To również zasługa wokalu, który pełnymi wersami objawia się w Run to Your Mama, w innych utworach będąc tylko zlepkiem niezrozumiałych głosek i słów, by wreszcie stać się obcowaniem z samymi dźwiękami – co czyni klamra Det som aldrig förändras / Diarabi. I tak zakończenie płyty staje się (nieco przydługim) muzycznym transem, który przemienia się ponownie w utwór rozpoczynający World Music.

To zatoczenie koła również nie jest bez znaczenia i ma jakieś odniesienia do aury dzikości, jaką roztacza zespół. Dodając do tego występowanie w niekompletnych strojach, upodabniając się tym samym do prehistorycznych przodków i ukrywanie swoich twarzy pod maskami, Goat tworzy prawdziwy teatr dla zmysłów. Jak jednak twierdzi jeden z założycieli zespołu, Christian Johansson, robią to dla siebie. Bo według nich – to nie człowiek ma być widoczny a jego czyny. I trudno się z tą filozofią nie zgodzić. Goat pokazuje, co potrafi i jestem niemal pewien, że to nie ich ostatni tak dobry pokaz.

Nie ma więcej wpisów