Już samo miejsce zamieszkania zobowiązuje te cztery damy do zapisania się w kartach historii muzyki. Chociaż pochodzą z Manchesteru, daleko im do The Smiths, Stone Roses lub Oasis. Same przyznają się do fascynacji My Bloody Valentine czy The Jesus and Mary Chain. Mówi się, że brzmią, jakby pochodziły prosto z Brooklynu. Brud i post-punkowy sznyt ich utworów może nasuwać takie skojarzenie dość silnie.

Te elementy oszczędnie przemycają również do swojego wyglądu. Ich image to, poza muzyką, ich drugi mocny punkt. Jest spójny, może nawet przemyślany, z pewnością nie sztuczny. Bardzo zgrabnie dopełniają go teledyski. Z jednej strony – celują w mroczne, czasem mogące przywieść na myśl sesję zdjęciową klipy, z drugiej – nie boją się pokazać w nich kolorów. To pokazuje, jak liberalne są w stosunku do swojej twórczości. Wspomina o tym sama wokalistka – Faith Holgate: Najlepszą rzeczą w PINS jest to, że możesz przynieść jakąkolwiek piosenkę, a my spróbujemy ją zagrać. Nie ma czegoś takiego jak „to nasze brzmienie, więc tak będziemy grać”.

Ich dotychczasowy materiał to właściwie jedna kaseta i EP-ka LuvU4Lyf, z której pochodzi ich swoisty hit pod tym samym tytułem. Krótki, zbudowany na zasadzie głośno-głośno z przesterem, tekstowo ograniczający się do trzech zdań. Ale poza LuvU4Lyf są równie świetne Eleventh Hour oraz Say to Me. W tym drugim lekki zaśpiew chórku został wręcz niemożliwie perfekcyjnie i świeżo wykorzystany. Te kilka utworów zdradza ogromny potencjał, pokazuje, że pomimo prób m.in. The Guardiana otagowania ich w świadomości słuchaczy jako girlsbandu, mieszkanki stolicy angielskiej muzyki gitarowej nie interesuje ta etykietka. Chętnie się rozwijają, poszukują. By to zrozumieć, wystarczy włączyć Little Sting.

Marcin Pryt, w tekście do utworu Pedofil zespołu 19 wiosen, umieścił kiedyś sformułowanie: lekkie jebnięcie z Niemca w tył głowy. Gdyby ktoś mnie poprosił o opisanie możliwych wrażeń z pierwszego zetknięcia się z muzyką PINS – zacytowałbym właśnie ten fragment.

Nie ma więcej wpisów