Przećpana, nie potrafiąca śpiewać wokalistka, której zdarza się świecić kroczem na zdjęciach oraz producent, który nie jest mistrzem na swoim podwórku – stali się łatwym obiektem cichych kpin i szydery, wyznacznikiem muzycznej kondycji naszych czasów. Z drugiej strony jednak mieli to, czego brakuje wielu. Mimo tej nieporadności na polu artystycznym, byli szczerzy, a ich utwory zdradzały potencjał. To, mimo wszystko, zachęcało do obserwowania tej dwójki. Rzeczą, która mogła ich pociągnąć na dno, był fakt, że ich pierwsze dwie płyty to niemal kopie samych siebie. Nowa płyta mogła wpisać się w te ramy. Mogła. I wtedy wszystko byłoby jasne.

Ale stało się inaczej. Kath i Glass wracają i pokazują na co ich stać. Nowy album to nie zbiór mniej lub bardziej udanych piosenek, jak było do tej pory. (III) od samej tematyki na niej zawartej, przez kwestie poruszane w wywiadach i sposób rejestracji materiału, po okładkę odwołującą się do Piety Michała Anioła – to bardzo spójny koncept. Po raz pierwszy w kontekście duetu Kanadyjczyków można użyć terminu artyzm bez jakiegokolwiek cienia ironii. Ci, którzy niecierpliwie czekali na uderzenie tej dwójki, na głos, który będzie opowiadał o koszmarnej kondycji współczesnego świata, mogą już przestać czekać. Włączcie Wrath of God.

To utwór, przy którym łatwo popaść w egzaltację, odpłynąć w najbardziej intymne zakątki własnej emocjonalności. Jest niezwykle trafny, kipiący agresją i zarazem poczuciem rezygnacji, a wszystkie te odczucia potęguje wokal. O tyle o ile głos to nienajlepsza strona Alice, tak jej tekstom trudno coś zarzucić. Fakt, że zdarzały się momenty bardzo infantylne, ale to raczej trzeba zrzucić na karb konwencji. Teraz liryka nie schodzi poniżej poziomu najlepszych fragmentów warstwy tekstowej Alice Practice. Jest przygnębiająco, celnie, prawdziwie i jeszcze raz przygnębiająco. Te emocje, które wręcz momentami kipią z tego albumu, idealnie spinają się z tym, co prezentuje brzydsza połowa Crystal Castles.

Wybranie witch house’u jako docelowej stylistyki, jak na ironię okazuje się pomysłem przynoszącym same fantastyczne skutki. Wspomnieć choćby wymienione już Wrath of God czy Plague. Sam witch house jednak nie jest tu tak czytelny. Ethan ponownie, bez skrępowania czerpie z różnych gatunków zakorzenionych trzy dekady i więcej temu. Mamy odniesienia do dance’u, jest ponowne wykorzystanie punkowego czadu i prostoty, pojawia się obowiązkowy electropop. W tym całym około ejtisowym bogactwie muzycznym znajduje się również miejsce na hip-hopowy bit. Mimo urodzaju, nie ma mowy o przesycie czy frywolności. Wszystkie puzzle mają odpowiednią mieszankę stylów, spinają się ze sobą w odpowiedniej kolejności, ukazując wyraźnie nakreślony obraz wybuchających wieżowców w rytm pulsującego brzmienia tej płyty.

Jeśli Crystal Castles, czerpiąc z umierającego gatunku – dają mu nowe życie, jeśli Alice nie przesadzi z dragami, a (III) to nie jest jedynie szczęśliwy wypadek przy pracy – wszystko wskazuje na to, że nie – to bez obaw można powiedzieć: to dopiero początek.

Nie ma więcej wpisów