Od pewnego czasu pojawiło się twierdzenie, że ludzie nie chcą chodzić na koncerty. Zaprzeczył temu poznański koncert Jessie Ware, który odbył w ramach obchodów 7. urodzin klubu SQ. Przede wszystkim, ze względu na ogromne zainteresowanie fanów, musiał zostać przeniesiony do MP2, która mieści się na Międzynarodowych Targach Poznańskich. To już zwiastowało, że będzie się działo. Dodatkowo, wydarzenie to podsycił fakt, że na kilka dni przed koncertem wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Muszę przyznać, że na ten koncert czekałem bardzo długo. Po tym, jak po raz pierwszy widziałem ją na tegorocznym Open’erze i później mieliśmy okazję porozmawiać. Chciałem, po prostu zobaczyć, co zmieniło się od tamtego czasu.

Przed samą Jessie na scenie pojawiła się Novika & Mr Lex. Razem rozgrzewali niemal po brzegi wypełnioną halę targową. Szczerze powiem, że miło było patrzeć, jak tłum poznaniaków i nie tylko baunsuje do utworów, które śpiewała Królowa Polskiej Elektroniki. Nie ma też co ukrywać, że ona wie, jak rozkręcić dobrą imprezę i przygotować gości na kolejne atrakcje. Swój występ zakończyli coverem Destiny’s Child – Say My Name w remiksie Cyril Hahna, który sprawił, że wielu z nas miało ochotę na więcej.

Dokładnie o godzinie 21:00 na scenie pojawiła się Jessie Ware. Koncert rozpoczęła tytułowym utworem ze swojej debiutanckiej płyty, czyli Devotion. Przez pierwszych kilka utworów chyba nie tylko ja, ale również parę innych osób miało wrażenie, że gitarzysta gra trochę za głośno. W efekcie dostaliśmy nieco odmienione kawałki i gdybym powiedział, że brzmiało to super, to bym skłamał. Wszystko zmieniło się, kiedy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki ostatniego singla piosenkarki – Night Light. Wtedy już nic nie zakłócało mocnego głosu Jessie.

Artystka od początku koncertu doskonale czuła się na scenie. Wspominała występ na Open’erze, który z kolegami z zespołu uznali za najlepszy festiwal, na którym do tej pory grali. Jessie podzieliła się również wiadomością o tym, że przed warszawskim koncertem odebrała złotą płytę za sprzedaż debiutanckiego krążka w naszym kraju. Natomiast utwór Taking in Water zadedykowała osobie, która odezwała się do niej na Twitterze. Tak się szczęśliwie okazało, że ta osoba stała pod sceną, co bardzo zaskoczyło nie tylko artystkę, ale też publiczność. Nie mam jednak pewności, czy to prawdziwy fan, czy ktoś tylko wykorzystał sytuację, żeby dostać dedykację.

Brytyjka zaśpiewała wszystkie utwory ze swojej pierwszej płyty. Oprócz tego, w setliście znalazł się jeden cover. Jednak prawdziwe szaleństwo nastało, kiedy Jessie wykonała swoje dwa najsłynniejsze single, czyli Running i Wildest Moments.

Całość koncertu wypadła bardzo dobrze. Bardziej podobał mi się jednak lipcowy koncert. Może przez to, że była to wielka niewiadoma. Na pewno miał na to wpływ brak bisów. W Gdyni, mimo okrojonego repertuaru, bisy były. Kolejne spotkanie z Jessie Ware w Polsce już wiosną przyszłego roku. W marcu piosenkarka znów zagra dwa koncerty. Tym razem artystka spotka się fanami z Krakowa i Warszawy.

Reasumując – na takie koncerty trzeba chodzić. Tym bardziej, że w Poznaniu takie strzały to raczej rzadkość.

Nie ma więcej wpisów