Tak naprawdę wczorajszy koncert Muse w Łodzi był ich pierwszym w Polsce. Oczywiście, wcześniej pojawili się na festiwalach, ale nigdy z indywidualnym show, które byłoby ich od początku do końca. Fani wiedzieli o tym doskonale, dlatego ci najbardziej zdeterminowani pojawili się pod Atlas Areną już po siódmej rano.

Na rozgrzanie publiczności zaprezentowali się Everything Everything. Przyznam szczerze, że ich nie znałam. Aby zatem nie jechać zupełnie w ciemno, sprawdziłam nagrania z ich koncertów na YT. Panowie widziani na żywo wypadli o wiele lepiej. Nie mieli większych problemów z porwaniem widowni już od pierwszego zagranego kawałka.

Prawdziwe emocje zaczęły się jednak wtedy, gdy zgasły światła, a ze sceny zaczęły błyskać czerwone światła. Kiedy z głośników zaczęły wydobywać się pierwsze dźwięki Unsustainable, publika już wrzała. Od tego momentu czas nieznośnie przyspieszył. Zabrzmiała znaczna cześć nowej płyty, a z pochodzących z niej utworów zdecydowane największe wrażenie na żywo robią Follow Me i Supremacy. Ten krążek zdecydowanie broni się podczas występów. Każdy utwór brzmi po stokroć lepiej, co tylko potwierdza to, że Muse jest jednym z najlepszych zespołów koncertowych.

W Atlas Arenie nie zabrakło również największych hitów grupy i prawdziwych smaczków dla fanów. Takim rarytasem było pochodzące z pierwszego krążka zespołu Sunburn. Najbardziej jednak, może nie tyle wzruszające, co na pewno niezapomniane momenty to wspólnie zaśpiewane Time Is Running Out, Plug in Baby czy Starlight, podczas wykonania których Matt oddał głos publice.

Muse to królowie show. Scena, która była przygotowana specjalnie na ten koncert, zapierała dech w piersiach. Ekrany podwieszone pod sufitem układały się w piramidę, zmieniały konfiguracje, a na nich wyświetlone zostały wizualizacje. Te tylko jeszcze bardziej podnosiły atmosferę. Wszystko było precyzyjnie wyliczone, ustawione. Ci, którzy zarzucali Muse ograniczony kontakt z publiką, muszą zmienić zdanie, bo Matt odkrył w sobie drugi rodzaj showmana. Nie ograniczał się już do jednego lakonicznego Thank you pod koniec koncertu, ale co kilka utworów mówił po polsku wyuczone Dziękujemy, Kochamy was, Łódź, a w trakcie jednego z utworów zszedł na dół do fanów i przybijał im piątki.

Takiego koncertu fani Muse w Polsce potrzebowali. Myślę, że sam zespół też zapamięta to show. Było widać ich radość z grania, a to, że im się naprawdę podoba – potwierdzały uśmiechy na ich twarzach i porozumiewawcze spojrzenia. Było warto czekać na ten koncert. Było warto stać pod Atlas Areną na kilka godzin przed, aby być z przodu. Było warto. Miejmy nadzieję, że panowie szybko do nas wrócą i zostaną ponownie tak entuzjastycznie przyjęci jak tym razem.

Nie ma więcej wpisów