W zasadzie nie wiem, od czego zacząć. Od początku? Od subtelnego wprowadzenia Mmoths i Giraffage, czy może bezczelnie od gwiazdy sobotniego wieczoru? Ci pierwsi – nie przyćmiewając głównego punktu imprezy – rozbujali publikę, a ten drugi… Ten drugi zahipnotyzował tłum swoją tajemnicą, sobą.

Dream-popowo, sennie, pięknie, bajkowo, mgliście i wiele innych określeń składa się na tak naprawdę jedno słowo – Mmoths. Jack Colleran rozpoczął odprawianie czarów od bardzo delikatnych brzmień, których przykładem jest Heart w duecie z Keep Shelly in Athens. Ten dziewiętnastoletni producent ma w sobie niesamowitą wrażliwość, a przy tym jest tak uroczy i skromny, że ciężko było się nie wzruszyć, kiedy bezwarunkowo bujał się nad swoim sprzętem.

Kiedy po kilkunastominutowej przerwie na scenę wkroczył Charlie Yin (Giraffage), twarze stojących przed sceną ludzi ubrały się w uśmiechy, a ich ciała zaczęły się wyginać w jakimś dziwnym transie. Nic dziwnego. Girffage uraczył nas swoimi ciepłymi, a przy tym melancholijnymi i sennymi brzmieniami. Muskał nas po uszach dream-popowym ambientem, przywdzianym w łagodne sample. Ciepłe, delikatne dźwięki przyprawione przestrzennymi wokalami biegały po każdym centymetrze ciała i umysłu.

Będąc świadkiem tego wydarzenia, nie łatwo jest poskładać myśli w jakiś konkretny kształt. Tak naprawdę cały wieczór spędzony w Szufladzie miał w sobie coś magicznego. I rzeczywiście, suma summarum był to wieczór magii, którą ukoronował szalejący przy bębnie tajemniczy gość. Człowiek z przepiękna, ręcznie robioną, multikolorową maską doszczętnie rozbroił każdego, kto udał się do chorzowskiego klubu.

Slow Magic – sensacja sieci i YouTube’a wypełnił Szufladę niesamowitą energią, która jak lawa wylewała się chyba każdą szczeliną, mieniąc się przy tym uśmiechami i tańcem. Ta tajemnicza postać – odprawiająca przecudowny, ekstatyczny taniec – porwała ze sobą publiczność. Niesamowite jest w nim to, że poza wirtualnym światem, Facebookiem, SoundCloudem i innymi portalami – on po prostu nie istnieje. Jest lapidarny, ulotny, efemeryczny, uchwytny jedynie w swojej muzyce, która paradoksalnie jest właśnie nieuchwytna, lekka, oniryczna.

Szczerze się przyznam, że po takim show ciężko jest wrócić do albumu Slow Magic. W porównaniu z tym, co zrobił w Szufladzie – płyta staje się zwyczajnie nudna. On po prostu zmiażdżył soundsystem! A argumentów na potwierdzenie powyższych słów mam aż osiem: Corvette Cassette, Toddler Tiger, Feel Flows, Youths, Moon, Circle, Sorry Safari i Music. Smacznego.

Nie ma więcej wpisów