Read the english version of the interview >>>

Czteropłytowa dyskografia Mystery Jets z pewnością zapewniła im pokaźne grono oddanych fanów. Dwójkę z nich spotykam pod drzwiami Oran Mor na trzy godziny przed wejściem zespołu na scenę. Nawet najgorszy deszcz, jaki Glasgow widziało od tygodni, nie jest w stanie ich odstraszyć. Czekamy tu już dwie godziny. Kochamy ich! – krzyczą rozentuzjazmowane dziewczyny.

Do klubu wchodzę tylnymi drzwiami, trafiając akurat na ostatnie chwile próby dźwięku zespołu. Jak tylko chłopcy kończą grać, udajemy się do ich garderoby. Jak ją opisać? Cóż, na pewno należy do luksusowych: mamy skórzane kanapy, długi stół, poroże na ścianie. Ten nieco onieśmielający wystrój zupełnie nie pokrywa się z osobowością Williama Reesa i Kapila Trivedi’ego. Gitarzysty i perkusisty Mystery Jets z pewnością nie można nazwać chłodnymi.

musicis.pl: Wielu krytyków przyznało, że Radlands brzmi bardzo amerykańsko. Przed nagrywaniem pojechaliście do Stanów w poszukiwaniu inspiracji, zgadza się?
William:
Płytę nagraliśmy w Ameryce, więc cały proces poszukiwania inspiracji, pisania i nagrywania działy się jednocześnie.

musicis.pl: Historia piosenki Sister Everett jest dość interesująca. W samolocie siostra zakonna wręczyła Wam biblię i swoją wizytówkę. Przydarzyły się Wam tam jakieś inne nadwyczajne sytuacje?
Kapil:
Ja leciałem innym lotem niż reszta i miałem taką samą sytuację. To był facet, trener amerykańskiego footballu. Powiedział: Jesteś muzykiem, mamy mnóstwo muzyków. Gość z Placebo właśnie dołączył do naszego kościoła. To moja wizytówka.
William:
Naprawdę? Jak się nazywał?
Kapil:
Nie mam pojęcia.
William:
Powinniśmy napisać drugą część. Brother John albo jakkolwiek się nazywał.

musicis.pl: Dokładnie! Wygląda na to, że to dość popularna rzecz w Ameryce?
Kapil:
Tak, to tam spory biznes.
William:
Angielskie podejście w tej kwestii bardzo różni się od amerykańskiego.

musicis.pl: Skoro już o tym mowa, jaka różnica między UK a Stanami najbardziej Was zszokowała?
Kapil:
Ameryka ma wiele zupełnie odmiennych od siebie części. To ogromny kraj. Każdy stan ma swoją własną kulturę. Teksas jest chyba najbardziej republikański. Austin to całkiem alternatywne miasto, więc można doświadczyć dwóch skrajności. Ta republikańska strona niezbyt mi się jednak podobała. Była dość materialistyczna. Za to jakość życia jest niesamowita.

musicis.pl: Co Wam się naprawdę podobało? Możecie wybrać tylko jedną rzecz.
Kapil:
(bez zastanowienia) Smażone ogórki konserwowe!
William:
Jest tego mnóstwo. Ich podejście jest zupełnie inne. Naprawdę rozumieją, jak tworzyć i budować rzeczy. Są bardzo dobrzy w inżynierii. Niby nie miało to z nami nic wspólnego, ale to nieprawda. Kilku gości pomagało nam ze sprzętem, kiedy montowaliśmy studio. Dla nich nie było takiej rzeczy, której nie dałoby się zrobić. Byli w stanie przebudować każdy wzmacniacz czy gitarę, dodając do niej mnóstwo efektów, guzików i tonów.
Kapil:
Nie przestawali o tym myśleć, cały czas o tym gadali.
William:
Mają obsesję. Są bardzo dobrzy w konstrukcji samolotów i ekwipunku wojennego. Podobnie było z instrumentami. Nie znają granic.

musicis.pl: Radlands opowiada historię Emmersona Lone Starra. Od początku chcieliście nagrać konceptualną płytę, czy to przyszło samo?
Kapil:
Stało się to dopiero, jak wróciliśmy do UK. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy sporo piosenek, które opowiadają tę samą historię.
William:
Tak naprawdę, to był to przypadek. Emmerson Lone Starr był swoistą metodą na skończenie albumu. Dzięki niemu wszystko nabrało sensu. Mieliśmy mnóstwo materiału, ale za nic nie łączył się on w spójną całość. Kiedy stworzyliśmy Emmersona, wszystko się scaliło.
Kapil:
Jest też komiks z jego przygodami.

musicis.pl: Tak, właśnie miałam o niego spytać. Jest dołączony do winylu, prawda? Macie w planach kontynuację?
William:
Będą jeszcze dwie części.

musicis.pl: Wiecie już kiedy zostaną wydane?
Kapil:
Jeszcze nie jesteśmy pewni.
William:
Wciąż nad nimi pracujemy. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku. Wydamy wtedy limitowaną edycję wszystkich trzech części.

musicis.pl: Czekamy z niecierpliwością. Impreza z okazji wydania albumu odbyła się na cmentarzu Abney Park a dzisiaj gracie w dawnym kościele. Chyba lubicie występować w ciekawych miejscach. Co byłoby Waszą wymarzoną miejscówką na koncert?
William:
Myślę, że Abeny Park był dość bliski ideałowi. Nikt tam wcześniej nie grał, więc była to całkiem niecodzienna sprawa. Było trochę zimno, ale mieliśmy pochodnie, które prowadziły ludzi przez las do kościoła, gdzie znajdywała się scena.

musicis.pl: Brzmi świetnie. Lubicie więc kościoły, tak?
William:
Tak jakby. Kochamy je jednocześnie ich nienawidząc. Uwielbiamy je z niewłaściwych powodów.

musicis.pl: Są całkiem ładne, nieprawdaż?
Kapil:
Są piękne. Poszliśmy do jednego w Teksasie. Szukaliśmy takiego gospelowego. Widziałaś Blues Brothers? Chodziło nam o coś w tym stylu, ale trafiliśmy na kościół metodystów, a to zupełnie inna sprawa. Na koniec zostaliśmy otoczeni przez grupę wyznawców.
William:
Dość zaciekłych chrześcijan.

musicis.pl: W sierpniu zagraliście na Coke Live Music Festival w Krakowie. Jak Wam się podobało?
Kapil:
(podekscytowany) To było super! Publika była niesamowita. To był nasz pierwszy koncert w Polsce. Ludzie nieźle szaleli, bardzo im się podobało.
William:
Wydawało nam się,  że bardzo nas tam doceniają.

musicis.pl: Udało Wam się trochę popodróżować po kraju?
Kapil:
Niestety, nie. Chciałbym zobaczyć więcej. Myślę, że pojadę do Polski na wakacje. Kraków jest naprawdę piękny.

Na samym początku naszej rozmowy chłopcy zapewnili mnie, że lubią grać w Glasgow. Ich występ to zdecydowanie potwierdza. Zaczynają Someone Purer i przez większość koncertu trzymają się nowego materiału. Na szczęście dla wiernych fanów, piosenki takie jak Serotonin czy Flakes także znalazły się na setliście. Szkocki tłum musiał jednak poczekać aż do bisów, żeby usłyszeć słynne Two Doors Down i Half in Love with Elizabeth.

Motyw Ameryki widoczny jest nie tylko w nowym brzmieniu Mystery Jets, ale również w image’u grupy. Białe t-shirty i kolorowe bluzy zostały zrzucone na rzecz koszul w Amerykańską flagę i kowbojską garderobę. Mamy też wizualizacje z ptakami i teksańskim niebem – William informuje widownię. Niestety, projektor nie zmieścił się w klubie. Tak czy inaczej, uczestnicy koncertu w Oran Mor bawili się wyśmienicie i – sądząc po twarzach muzyków – zespół również. Miejmy nadzieję, że niedługo Polska będzie miała kolejną okazję, aby doświadczyć niesamowitej energii Mystery Jets.

Nie ma więcej wpisów