Z pewnością nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że Shallow Bed na żywo zabrzmi tak jak zabrzmiało. Bo ile można wyciągnąć z takich niepozornych utworów? Nie sądziłem, że Dry the River potrafią pokazać coś więcej niż na albumie – po prostu nie. Okazało się, że każdy kto tak pomyślał, był w ogromnym błędzie i sobotni wieczór w warszawskiej Hydrozagadce okazał się być o tyle interesujący, co przede wszystkim zaskakujący. Ale wszystko po kolei.

Przed Brytyjczykami, warszawskiej publiczności zaprezentowali się très.b. Organizatorzy zapowiadali ten support jako koncert-niespodziankę, ale większość osób i tak domyśliła się, że na scenie pojawi się Misia Furtak z kolegami. I z pewnością był to słuszny wybór. Zespół bardzo dobrze wpasował się w ten lekko piwniczny i w pewien sposób intymny klimat. Ich występ charakteryzował się niezwykłą łatwością w odbiorze. Może to kwestia ograniczenia czasowego, może doskonałych i lekkich utworów z 40 Winks of Courage. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, co takiego siedzi w très.b, że ogląda się ich z nieskrywaną przyjemnością. Na sam koniec zapachniało nawet lekką nostalgią, gdy zabrzmiało Let it Shine, dedykowane muzykom z Dry the River.

Występ gwiazdy wieczoru zaczął się od Shield Your Eyes i tylko przez chwilę wydawało się, że to będzie liryczny i wokalny popis Petera Liddle’a. Nie spodziewałem się, że z pozoru dosyć spokojna płyta może zabrzmieć tak masywnie. Brytyjczycy swoim występem dosłownie przytłoczyli słuchaczy, większość utworów zaczynając powoli, żeby chwilę później zaskoczyć brzmieniem, z którym zdecydowanie nie są kojarzeni. Głośno było do tego stopnia, że Hydrozagadka drżała. Zresztą, nie tylko ona. Ciężko nie mieć na plecach ciarek przy takim występie. Wokalista grupy co jakiś czas wskakiwał na bęben basowy, Scott Miller – odpowiedzialny za dźwięki dolne – dominował na scenie swoją posturą, podczas gdy w tle szalała reszta zespołu. Na sam koniec muzycy zeszli ze sceny i wśród zgromadzonej publiczności całkowicie akustycznie zagrali Shaker Hymns. Ta bliskość z fanami charakteryzowała zresztą ten występ – występ pełen energii, zaangażowania i muzycznego dystansu do własnych dokonań. Szkoda tylko, że czasem całość zlewała się w jedną wielką ścianę dźwięku.

Gdybyście mieli kiedykolwiek okazję zobaczyć Dry the River na żywo, to naprawdę warto wydać te kilkadziesiąt złotych. Nie dlatego, że ich koncerty są perfekcyjne technicznie, nie ma tam miejsca na jakieś porywające show, ani na gwiazdorzenie. Dry the River na żywo prezentują swoją zupełnie niedoskonałą osobowość, ale jednocześnie czarującą i zaskakującą. A czego można więcej oczekiwać niż tak pozytywnego zaskoczenia?

Nie ma więcej wpisów