music is ... muzyka z najlepszej strony.

 

Zeus. Zeus. Nie żyje.

Zeus – charyzmatyczny łódzki raper jest obecny na scenie od roku 1998. Od czasu wydania swojego pierwszego oficjalnego albumu (Co nie ma sobie równych – okrzykniętego zresztą debiutem roku 2008), Kamil Rutkowski robi niebywałe postępy oraz udowadnia, że można robić świetną muzykę bez kalkulacji i wiązania się z wielką wytwórnią. Poza tym, jest bezapelacyjnym the king of the groove – królem funkowych sampli, ciętych równie precyzyjnie jak jego arcymistrzowskie rymy.

Dotychczasowe trzy albumy prezentowały bardzo dobry poziom. Tym bardziej dziwiła wciąż średnia popularność tego artysty i funkcjonowanie raczej poza hip-hopowym mainstreamem. Sytuacja ta zmieni się najwyraźniej od tej chwili. Zeus nagrał bowiem nowy, nareszcie sprawniej promowany album. Znowu o przewrotnym tytule – Zeus. Nie żyje., którym ma szansę nie tylko przebić się w końcu do szerokiej publiczności, ale i po raz kolejny – niczym mitologiczny Zeus – zejść wreszcie na Ziemię, by uratować kulturę hip-hopową w Polsce.

Zapowiadający najnowszy LP, singiel Znasz mnie – to istna energetyczna bomba, perfekcyjne bragga w najczystszej postaci – był forpocztą tego, co miało się wydarzyć dalej, w kolejnych utworach z płyty. Ten singiel był jak potężny kopniak w drzwi z napisem: Ja – Zeus – wracam z najlepszym albumem! I tak jest w istocie.

Kolejne utwory albumu to przede wszystkim istna mikstura – emocji, obserwacji, spostrzeżeń dotyczących życia, relacji międzyludzkich, kondycji współczesnego świata – podana na kapitalnych bitach i okraszona flow, o jakie może się tylko modlić większość polskiej sceny rap.

Drugi singiel – Hipotermiapokazywał, co leży u podstaw nagrania takiego właśnie albumu: do bólu szczere, mocne wyznania o przejściu depresji: Hipotermia. Zimny wiatr owiewa ślad po niespełnionych marzeniach gdzieś tam głęboko na dnie mojego zmarzniętego serca, a ja nie umiem znaleźć w sobie światła nawet w świetle dnia.

Śnieg i lód (absolutnie fantastyczny podkład, a na adapterach DJ Cube) to subiektywna ocena realiów hip-hopu w Polsce – gorzka refleksja, że czasy spontanicznej zajawki na rap zamieniły się w biznes. Fristajle na klatkach schodowych i w knajpach odeszły w niepamięć. Mamy czas komercji, pieniędzy i pazerności, gdzie muzyka składa się głównie z marketingu wspartego dokładnym biznes-planem. Dostaje się też old-schoolowcom, weteranom sceny, z których nie wszyscy zachowują poziom, a jedynie świecą dawnym, odbitym blaskiem: Wielu dzieciaków dziś cię miażdży stylem, bo jesteś słaby. Wzbudzasz tylko tani sentyment. Wydałeś klasyk? Jeśli mam być szczery, klasykiem się nie staje chłam przez datę premiery.

Zeus tradycyjnie już porusza bardzo osobiste tematy, oscylujące wokół związków, miłości, emocji. W wersach do Symfonii smaków porusza problem rozstań, rozchodzenia się dróg bliskich sobie dotąd osób: Mieliśmy słodkie chwile, słony pot. Dziś mamy kwaśne miny, gorzkie żale. Szykowaliśmy parę skrzydeł na lot. Czy w międzyczasie to coś z nas uleciało, kochanie? / Nie jestem pewien, czy już w drugim mieszkaniu stworzyliśmy te osobne dwa światy. Zamieniliśmy każdą wspólną kąpiel na drugą kołdrę, a patrzenie sobie w oczy na patrzenie w ekrany.

Kolejny utwór z płyty – Lekcja patriotyzmu – to gorzki hymn o Łodzi, rodzinnym mieście  Kamila. Oparty na gitarowym samplu, z towarzyszeniem DJ-a MixAir dostarcza nam kolejne punchline’y: Nie wiem, czy mam plecy na mieście, wiem, że mam miasto na barkach. Może powinieneś mówić mi Noe, bo moja łódź to arka. / Moje ukochane miasto jest trochę jak rodzic-alkoholik. Czasami nienawidzisz go bardzo i masz dość, ale przy obcych bronisz. Mistrzowskie wyczucie rytmu i genialne wręcz flow Zeusa – z jakim wyrapowany jest ten kawałek – powodują, że zastanawiam się, czy ten krążek może mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć? Ale już wtedy dopisuję w notatniku, obok tytułu Zeus. Nie żyje., dwa słowa: album roku.

Następne utwory udowadniają, że nie była to teza na wyrost. Muzyka, miłość, przyjaźń to kolejny podszyty funkiem beat, piękne scratche DJ-a Cube i wzorowy rap Zeusa. Płytę zamykają dwa kawałki będące logicznym podsumowaniem poglądów i oceny dokonanej na płycie przez Kamila: Strumień i Gwiazdy.

Strumień to bystra krytyka czasów nam współczesnych – zbyt szybkiej dorosłości, przeładowania informacjami, ogólnie dostępną muzyką w nadmiarze nie pozwalającym na obiektywne docenienie sztuki, która jest na wyciągnięcie ręki i według zasady ściągnij/skasuj. Wszystko na wczoraj, wszystko prędko, uzależnienie od portali społecznościowych i fałszywy kult urody wspomaganej botoksem lub po prostu Photoshopem: Stop! Nie wiem, gdzie zmierza ten świat, ale to chyba już nie mój kierunek. To mnie razi jak prąd. Ja chyba znowu wolę iść pod prąd zamiast skakać w strumień.

Zeus. Nie żyje. staje się z miejsca tzw. future classic i pokazuje innym raperom, że najwyższa pora szlifować swoje skillsy, by choć spróbować dogonić łodzianina, który niczym Ferrari pojechał do przodu, nie zważając na czerwone światło. Dawno w polskiej muzyce nie było tak spójnego albumu – tekstowo i kompozytorsko. Zastanawiają i zostają na długo w pamięci całe frazy, podane pierwszorzędnie, z nienaganną dykcją – co jest rzadkością wśród polskich raperów. Zeus niepostrzeżenie i z wrodzoną bezczelnością wdrapał się na hip-hopowy Olimp i w tym roku nikt go już stamtąd nie ściągnie. Zeus nie tworzy hip-hopu. On JEST hip-hopem. Cytując XIX-wieczną opinię wyrażoną wobec Chopina, pozwolę sobie użyć jej w stosunku do Zeusa: Panie i Panowie, czapki z głów, oto geniusz!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...