Grandaddy, jeden z przedstawicieli amerykańskiego soft rocka, nie istnieje już od sześciu lat. W międzyczasie, pochodzący z tego zespołu Jason Lytle zdołał wydać dwie płyty, teraz przyszła pora na trzecią. Jednego można być pewnym, nie będzie ona rewolucyjna. Żaden z albumów macierzystej formacji Jasona, ani jego solowych wydawnictw taki nie był. Nie każdy musi być zbawicielem muzyki gitarowej, nie każdemu na tym zależy. Czasem najzwyczajniej wystarczą ładne melodie.

Problem jednak pojawia się, kiedy wszystko co było do zaoferowania, już się poznało. Wtedy wkracza najgorszy dla twórczości element: przewidywalność. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby rzeczownik ten najczęściej nie był także synonimem innego rzeczownika – nudy, bardziej kłującego w dokonania artysty.

Nie twórca jednak ważny a słuchacz. A ten wraz z nowym wydawnictwem dostaje to, co już poznał. Czy to pod szyldem Grandaddy, czy już sygnowanym imieniem i nazwiskiem frontmana tegoż zespołu. Wszystko oczywiście w ramach konwencji dokonań solowych.

Mamy zatem amerykański indie pop, trochę feelingu country, trochę elektroniki oraz wygładzony brzmieniowo indie rock. Nic tutaj nie spada poniżej poziomu płyty, ale za to znajdą się trzy piosenki, które go przewyższają. Pierwszą z nich jest Somewhere There’s a Someone, jednak jest to zasługa jedynie lekkości i nośności refrenu. Numer dwa to Your Final Setting Sun – oklepany patent na elektronikę zapełniającą prostą partię perkusji – tutaj wypada całkiem ciekawie. Ostatnim jest Gimme Click Gimme Grid, gdzie pobrzmiewają echa Elliotta Smitha – pianino.

Utwory Jasona są, co prawda, takie jak dotychczas – bardzo miłe, lekkie i przyjemne, ale jakby infantylnie to nie brzmiało, tak właśnie Lytle’owi udaje się nie wywoływać nudy i chęci przeskakiwania pomiędzy kolejnymi numerami w indeksie albumu. Trudno Dept. of Disappearance wyśmiać, skrytykować, właśnie przez atmosferę kompozycji na nim się znajdujących i emocje w nich zawarte.

Nie ma więcej wpisów