Prawie półtoragodzinny występ amerykańskiego duetu w lizbońskim Pavilhão Atlântico, niestety, nie zaczął się idealnie. Wszyscy czuli presję, zarówno zespół jak i publiczność. Przecież był to premierowy koncert The Black Keys w Portugalii. Nie mógł się nie udać. A jednak…

Faktem jest, że dużo słyszałam o zazwyczaj fatalnym nagłośnieniu w Pavilhão Atlântico, ale tego kompletnie nikt się nie spodziewał. Dan Auerbach i Patrick Carney wybrali na pierwszy utwór Howlin’ for You. Uczestnicy koncertu ożywili się, słysząc wstęp i… na tym chwilowo skończył się ich entuzjazm. Mikrofon wokalisty nie działał podczas całej piosenki. Podirytowani, nie traciliśmy nadziei, mimo że Howlin’ for You jest jednym z bardziej znanych utworów z dorobku The Black Keys. Portugalska publiczność dobitnie wyraziła swoje niezadowolenie gwizdaniem, a techniczni usiłowali naprawić problem. Na próżno. Na szczęście, po tym dość poważnym incydencie, większych błędów już nie doświadczyliśmy. Show rozpoczęło się na dobre, a kolejny utwór (Next Girl) i wszystkie następne stworzyły niezwykle udany, pełen energii koncert.

W setliście przeważały płyty Brothers i El Camino. Nie można było mieć tego zespołowi za złe, wszak The Black Keys stale promują najnowszy album wydany nieco ponad rok temu. Niemniej jednak, pojawiły się również utwory z pozostałych płyt. Szkoda, że nie wszyscy pamiętali o innych wydawnictwach niż dwa ostatnie. Nie da się ukryć, że Brothers i El Camino odniosły największy komercyjny sukces spośród wszystkich albumów spod znaku The Black Keys, ale będąc w dość bliskim sąsiedztwie sceny dziwiło mnie, że wiele osób zdawało się nie znać pozostałego dorobku zespołu. A przecież Your Touch z Magic Potion, Strange Times z Attack & Release czy Thickfreakness zasługują na tak samo dużą uwagę (tym bardziej, że na koncercie były naprawdę potężną dawką energii). Mimo wszystko, można było zauważyć, iż publiczność zdecydowanie bardziej pobudzona była najnowszymi utworami, które zostały świetnie przedstawione, a gra świateł sprawiała, że występ duetu minął w mgnieniu oka. Swoją drogą, przy tak szerokim repertuarze, jakim dysponuje zespół – a także przy takich cenach biletów, jakie nam zaserwowano – mogliśmy oczekiwać odrobinę dłuższej setlisty. Jak jednak wiadomo – (koncertowy) apetyt rośnie w miarę jedzenia, a przed The Black Keys jeszcze dużo koncertów do końca tego roku. Zespół pokazał nam jednak to, co najlepsze. Przed bisem mieliśmy okazję poszaleć do Lonely Boy. Przyznam szczerze, że miałam nadzieję, iż na ekranach będącymi częścią dekoracji, ukaże się znana wszystkim z teledysku postać Derricka T. Tuggle’a, ale niestety wyświetlone zostały tylko motywy nawiązujące do El Camino. Publiczność nie zapomniała jednak o teledysku, który podbił serca tylu ludzi. Wiele osób dzielnie naśladowało układ z klipu, co dawało bardzo pozytywny efekt. Na krótki – aczkolwiek efekciarski – bis nie musieliśmy długo czekać. Pierwszą piosenką po przerwie była Everlasting Light. Dwie ogromne kryształowe kule zawieszone przy scenie zostały ujawnione, a odbijające się od nich światła stanowiły z utworem zgraną całość. Cała sala wypełniła się przeróżnymi kolorami. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Ostatnie, co mogliśmy usłyszeć, było obietnicą powrotu do Portugalii i piosenką I Got Mine.

Warto też wspomnieć o The Maccabees, którzy – ku zaskoczeniu wszystkich zebranych na sali i głównie tych trochę spóźnionych – zaczęli swój 45-minutowy występ punktualnie. Co prawda, ich muzyka znacznie różniła się od stylu grania głównej gwiazdy tego listopadowego wieczoru, ale słuchało się ich bardzo przyjemnie, w lekkiej zadumie. Dla większości publiki nie byli obcym zespołem. Był to ich drugi występ w Portugalii w tym roku. Poprzednio mieli okazję grać na festiwalu Optimus Alive!, gdzie zostali bardzo ciepło przyjęci. Tak było i tym razem, choć wydawało się, że dopiero przy ostatniej piosence, którą był Pelican, wszyscy znacznie się ożywili. Możliwe, że było to spowodowane specyficznym klimatem, jaki się wytworzył podczas występu The Maccabees. Jedno jest pewne – 27 listopada byli więcej niż supportem The Black Keys.

The Black Keys może i nie zaczęli idealnie, ale skończyli z publiką w garści. Nie można odmówić im energii, którą obdarzyli każdego uczestnika koncertu. Rozumieli się ze słuchaczami prawie bez słów, a do tego trzeba czegoś więcej niż tylko wyjść, zagrać swoje i zejść. The Black Keys to mają i jest to ich klucz sukcesu. Złoty klucz.

Nie ma więcej wpisów