Poprzedni album grupy, Impulse, traktować należało jako uderzenie. Zupełnie inne niż można było oczekiwać, raczej jako nagłe przebudzenie niżeli pobudkę po popołudniowej drzemce w leniwą niedzielę. I z takim też nastawieniem zabrać się za trzy kwadranse transowości spod znaku Jazzpo. Tym razem RePolished nie dostarcza nam niczego równie ekscytującego i przemyślanego, ale nie daje nam też wielkiego zawodu.

Bo to nie tak, że ta podwójna EP-ka jest w jakimś sensie jakościowo mierna. Nie można jej jednak brać pod uwagę, wyliczając ocenę do średniej dorobku przy nazwie Jazzpospolita. Jest to bowiem z jednej strony oficjalne wydanie niedostępnego wcześniej w oficjalnej dystrybucji minialbumu Polished Jazz, z drugiej włożenie muzyki warszawskiego kwartetu w inny świat – różnych artystów, ich własnych wzorów, patentów i brzmienia, w którym się obracają.

Przebojowość i energia trzymają się grupy, co pokazał tegoroczny album. Jednak remiksy idą o krok dalej, ciągnąc grupę w wielu – raz lepszych a raz gorszych – kierunkach sceny elektronicznej. Do tych pierwszych z pewnością można zaliczyć stworzone przez Ćmienie Pobudzenie, którego aura ocierająca się o witch skrada całe show, pozwalając umknąć gdzieś hipnotycznej gitarze znanej z oryginału. Zupełnie inne podejście wykazali Excessive Machine, nie odbierając tradycyjnego brzmienia utworu, a jedynie wzbogacając go o pogłosy i syntezatorowe składniki. Jednak mimo dobrej prezentacji, są one tylko kosmetyką, która gdzieś przepada przy wysłuchiwaniu mixu wcześniejszego. Dobrze słucha się również Czerwonej Flagi, która staje się o wiele bardziej wyciszona i leniwa. Bueno Bros. schowali instrumenty gdzieś za mgłą, dając przy okazji wrażenie wyważonej współpracy zespołu wraz z nimi.

Co natomiast można powiedzieć o wersjach stworzonych przez Roux Spana, Audiomanufacture i Jakuba Nox Ambroziaka? To, że są. Jazzpospolita w ich wykonaniu to świat drum’n’bassowy, czasem bliższy raczej nawiązaniom do mniej połamanych rytmów The Gaslamp Killer (Grzyb), ale dalej tylko dopełnieniem dźwięków serwowanych przez warszawiaków. Przekształcenie ich muzyki jest ciekawe, całkiem przemyślane i przyjemne w obcowaniu, ale nie pozostawiające większych wrażeń słuchowych. Ale może w tym wypadku to tylko niepoprawne odczucie, które każe porównać ostatni album Jazzpospolitej do tych wersji? Zapewne w innym wypadku odbieranie tych drugich wersji mogłoby się różnić na korzyść DJ-ów.

Z kolei druga część to raczej tylko ciekawostka dla tych, którzy znają dobrze Almost Splendid. Będą oni mogli porównać i rozpracować kroki jakie zostały poczynione od czasu tych wczesnych nagrań do samego debiutu. I to właściwie tyle, tylko i aż.

Nie ma więcej wpisów