Półnaga, niczym warszawska syrenka, Natu zabiera w kosmiczną podróż wszystkich tych, którzy są świadkami jej projektu Kozmic Blues. Natalia Przybysz, oddająca hołd Janis Joplin, przypomina nam o tej niezwykłej legendzie bluesa, folku i psychodelicznego rocka. Zabiera nas w kosmos – emocji, dźwięku, przeżyć – a robi to, dzięki niesamowitemu głosowi, któremu nie sposób odmówić podobieństwa do pierwowzoru. Koncert Natu to nie tylko oderwanie się od Ziemi, ale również podróż w czasie. Przez 1,5 godziny każdy z nas może poczuć się hippisem, a Woodstock zacząć kojarzyć nie z imprezą w Kostrzynie, a z miejscem-legendą.

Po łódzkim koncercie, w czasie którego publiczność została zahipnotyzowana, a muzycy bisowali kilka razy, udało mi się porozmawiać z Natu. Oto efekty tej rozmowy:

musicis.pl: Swoją karierę rozpoczynałaś, mając 18 lat, w zespole Sistars. W ciągu ostatnich kilku lat dużo się pozmieniało – grupa się rozpadła, a Ty rozpoczęłaś solową karierę. Dużo zmieniło się również w Twoim osobistym życiu, ponieważ zostałaś matką. Jak macierzyństwo zmieniło Ciebie oraz jaki ma wpływ na to, co tworzysz?
Natu:
Ooo, macierzyństwo to jest w ogóle megaprzygoda, megahistoria – długa, skomplikowana i głęboka! Wpływa na człowieka na wielu płaszczyznach. Oczywiście ma również ogromny wpływ na to, co się robi zawodowo. Macierzyństwo wyrzuca z głowy głupoty, a jednocześnie przewartościowuje świat, w którym się żyje. Następuje weryfikacja prawdziwej pasji, tego czy naprawdę kochałam to, co robiłam przed urodzeniem dzieci. Jeżeli tak, to robię to jeszcze fajniej, jeszcze intensywniej. Jeszcze bardziej produktywnie spędzam swój czas, w którym mogę pracować. I czerpię z tego taką nową przyjemność. Oprócz tego, czuję się dużo bardziej ugruntowana, jakby głębiej stoję na ziemi.
Pewien mistrz Zen powiedział, że przed porodem dziecko i matka są jakby jednością. I po urodzeniu powstaje pytanie: czy są jednością, czy już się rozdzielają i czy rodzi się dziecko, czy może rodzi się matka? W tym sensie mówię to, że jakby odkrywam w sobie też dziecko i od początku mogę przeżywać swoje własne dzieciństwo – rzeczy, które kochałam w dzieciństwie mogę pokochać na nowo. Również na scenie znajduję bardzo dużo aspektów bycia dzieckiem i bawię się muzyką. I to jest genialne – bo mój zawód właściwie nie jest tylko pracą, ale też kultywowaniem radości życia, którą dzieci mają bezwarunkowo. Jeżeli w coś się bardzo wkręcają, to robią to na maxa. Dlatego myślę, że to dlatego mamy muzykę – żebyśmy zawsze mogli być dziećmi.

musicis.pl: Rzeczywiście dzisiaj można było zobaczyć od Ciebie niesamowitą ilość energii. Wydawać się może, że za czasów Sistars, kiedy byłaś nastolatką, miałaś jej mniej, bardziej się dystansowałaś do publiczności, bardziej się jej bałaś. Teraz, gdy występujesz solowo, scena jest tylko Twoja i widać, że to Ty na niej rządzisz. Wtedy, gdy nagle zaczął się boom na Sistars byłaś bardziej wystraszona, a teraz widać, że po prostu bawisz się muzyką, masz w sobie wiele energii, którą w cudowny sposób przekazałaś dzisiaj publiczności.
Natu
: Bardzo mi miło, że tak mówisz i rzeczywiście tak też się czuję – dużo bardziej bawiąca się, dużo bardziej szczęśliwsza. Wtedy, jak na swój mózg i energię, to i tak było dla mnie dużo. Miałam też dużo innych kwestii na głowie. A teraz mam inne – wiadomo, człowiek się zmienia. Wiele rzeczy w tamtych czasach działo się poza mną – poza moją wiedzą, wolą, działo się samo. Teraz lepiej nad tym panuję.

musicis.pl: Powiedziałaś na scenie, że wiele odwagi wymaga sięgnięcie po repertuar Janis Joplin. Wyznałaś też, że jedyną rzecz jakiej się boisz, to kosmici. Ale udało Ci się zaprezentować kosmiczny blues. Powiedz coś więcej, jak się czujesz w tym repertuarze?
Natu:
Czuję, że to jest mierzenie się ze swoim lękiem. Dotknęłam sedna, gdzie na drodze swojej pasji, tego co kocham, pojawiają się właśnie takie przeszkody do przeskoczenia. I im bardziej się napinam, żeby je przeskoczyć, tym gorzej z przeskoczeniem. A im bardziej odpuszczam, rozluźniam się… to ta woda, do której wchodzę, nie jest zimna, a ciepła.

musicis.pl: Poprzednie projekty: NatuFunk, Natalala, teraz Janis Joplin. Niezbyt są one ze sobą spokrewnione, ale dzięki nim pokazujesz swoje różne oblicza. Czym taki wybór jest spowodowany? Masz może jedno ulubione, jedyne prawdziwe oblicze?
Natu:
Myślę, że sztuka, a w szczególności muzyka, jest na tyle otwartą dziedziną, że właściwie nie trzeba jakoś szczególnie się ubranżowiać i przysposabiać do jednego gatunku czy specjalizacji. Myślę, że można po prostu szaleć i szarżować po gatunkach i po brzmieniach. A gdzieś po drodze, może bliżej lub dalej jest się samego siebie. Trzeba się poddawać różnym eksperymentom, żeby jakoś, powoli docierać do siebie samego. Ale to chyba nie jest kwestia gatunku, ale jakaś duchowa sprawa, do której dążą wszyscy ludzie.

musicis.pl: To aż strach się zapytać, co będzie dalej, za kilka lat…
Natu:
Nie wiem, nie wiem… Chciałabym na pewno więcej pośpiewać z moją siostrą. A w styczniu będzie premiera spektaklu w teatrze Imka, gdzie u boku Tymona Tymańskiego będę grała w musicalu pt. Hańba Tupelo z muzyką Nicka Cave’a. Szykuje się więc jeszcze bardziej mroczny klimat… Ale dla mnie światło nie istnieje bez mroku i uważam, że czasem trzeba sobie uświadamiać, że istnieje też darkside. I im bardziej go wyjmujemy i patrzymy na niego, tym bardziej jest do wytrzymania, a im bardziej go chowamy, tym bardziej może nas zaskoczyć. Trzeba się więc oswajać, jak chce się być szamanem.

musicis.pl: Jak przygotowywałaś się do projektu Kozmic Blues? Czytałaś biografię, rozmawiałaś z innymi o twórczości Janis?
Natu:
Rozmawiałam z Piotrem Metzem, który pożyczył mi płyty winylowe, które wprowadziły mnie w ciepło tego brzmienia. Szczerze powiem, że muzyki z tamtych latach nie należy słuchać na CD, bo tam jest tak wielka kompresja, że ta cała emocjonalność zamienia się w hałas i zaczyna nas męczyć. Trudno jest pokochać tę muzykę w ten sposób. Myślę, że łatwiej, delikatniej i przyjemniej jest słuchać winyli. Poszukajcie na strychach – może wasi rodzice lub dziadkowie zostawili je! Rozmawiałam z Piotrem Metzem również o tym, jak z perspektywy medialnej i dziennikarskiej nie popełnić żadnych błędów, żadnego faux paux. Tak, żeby fani się nie obrazili. Czytałam oczywiście też biografię Janis.
W ogóle, gdy padł pomysł, żeby zrobić Janis Joplin, wahałam się czy udźwignę całą jej postać. Bo np. moja mama, Anna Przybysz, śpiewa piosenki Edith Piaf. W jej wykonaniu jest to właściwie monodram. Ona wręcz staje się Edit Piaf, jest przebrana, opowiada o jej życiu. Ma vibrato, które jest bardzo podobne do tego, co miała Edith. Jest to więc bardzo intensywne wejście w postać, w którym zużywa się niemal bezgranicznie. Dla mnie to była duża lekcja – żeby w ogóle się odważyć, coś takiego zrobić. Widziałam, jak mama uczyła się tych piosenek po francusku. To wszystko mnie bardzo zafascynowało i zainspirowało.
Istotnym elementem było również to, w jaki sposób uczyłam się śpiewać tych piosenek. Tak naprawdę uczyłam się ich bardzo dokładnie, wnikliwie i detalicznie. Dałam sobie przestrzeń i czas, żeby wsłuchać się w każdy jej zaśpiew, w każdy jej melizmat. Bo u niej istniało takie absolutnie cudowne zjawisko – improwizując, wymyślała melodie i ozdobniki, które stawały się później częścią kompozycji. W ten sposób czuła, interpretowała te piosenki i później tak już je śpiewała. Nie mogłam pominąć tych improwizacji, nie mogłam śpiewać tych piosenek jak zwykłego bluesa. Musiałam dźwigać to wszystko, co ona wymyśliła, bo uważam, że na tym polega śpiewanie cudzych piosenek.  Najpierw oddać hołd, postarać się wejść w ten świat, wysilić się. Poczuć harmonię, kontekst.

musicis.pl: Czyli uważasz, że cover nie powinien za bardzo odbiegać od oryginalnego wykonania, tak? Jesteś bardzo Janis czy Natu na scenie?
Natu:
Nie wiem, ja nie wiem, kim jestem. Nie przywiązuję się do tego kompletnie, raczej chcę, żeby było dobrze – mnie i nam wszystkim wokół. Nie, nie uważam, że cover powinien być identyczny. Można daną piosenkę zagrać w inny sposób, ale jeżeli robię coś dedykowanego danemu artyście, to nie chcę tego zrobić w jazzie czy bossa novie tylko dlatego, że tak będzie mi łatwiej. Bo możemy posłuchać, ile było przeróbek Summertime (masakra!).
Chcę jak najbardziej poczuć tę miazgę, którą ona czuła. Chcę odważyć się zrobić to, dążyć do tego co najtrudniejsze, a nie łatwiejsze. Przynajmniej teraz tak mam. Może kiedyś jak będę starsza, to będę sobie grała na luzie jak dziadki z Buena Vista Social Club i to będzie miało swój klimat. (śmiech)

musicis.pl: Porównując Wasze życia pozasceniczne, Ty i Janis nie macie ze sobą wiele wspólnego. Ona – stale brała udział w ekscesach, skandalach alkoholowo-narkotykowych. Ty – uprawiasz jogę, masz dwójkę dzieci, jesteś weganką. Jak pod tym względem odbierasz postać Janis, jaki masz do niej stosunek?
Natu:
To co ona robiła i w jaki sposób próbowała osiągnąć stan szczęścia i wolności – to jest indywidualna sprawa. Każdy człowiek chce poczuć się, jakby był znowu w łonie matki i myślę, że niektórzy po to zażywają narkotyki, żeby nie czuć bólu, a czuć błogość. Inni ćwiczą jogę, piją soki albo jedzą powietrze. Każdy ma swój patent. Każdy jest narkomanem na swój sposób, każdy ma swój nałóg. Każdy ma swoją pasję i każdy chce widzieć światło.
Osobiście żałuję, że tak robiła – może byśmy mieli ją dużej wśród nas? Ale bliskość dusz to zupełnie osobna sprawa. Myślę, że śpiewając jej piosenki, są takie fragmenty, w których coś czuję i wtedy nieważne jest dla mnie to, jak ona żyła. Jak śpiewała to śpiewała – była po prostu tą piosenką.

Nie ma więcej wpisów