Duet Saschienne pojawił się we wrocławskim klubie Log:In, aby zakończyć serię koncertów club stage w ramach cyklu City Sounds. Zanim jednak Sascha Funke i Julienne Dessagne rozpoczęli swój występ, publiczność rozgrzewali VITEK JANSKY oraz VJ TM DM (z !lectric play), a także DOT DOT i ELECTRIC WHISPERS.

Organizatorzy wybrali Log:In jako miejsce koncertu i wybór ten był trafiony. Nagłośnienie działało bez zarzutu i mówiąc kolokwialnie: wszystko było słychać. Im bliżej dochodziło godziny 00:30, o której Saschienne mieli pojawić się na scenie, tym więcej osób pojawiło się w klubie. Parę minut przed magiczną godziną, Sascha i Julienne pojawili się Log:Inie. Ujęli mnie swoją nadzwyczajną skromnością – usiedli na scenie za stołem mikserskim, gdzie DJ kończył swój set i grzecznie czekali na swoją kolej. Byli przytuleni i szeptali sobie coś do uszu. Widok tego zakochanego duetu rozczulił mnie. Sascha i Julienne nie sprawiali przy tym wrażenia pary nastolatków przesadnie obnoszącej się ze swoim uczuciem. Może się wydawać, że to dość nieistotny szczegół, ale przyjemnie było patrzeć na nich, oczekując ich występu.

Saschienne rozpoczęli swój set z lekkim poślizgiem. Pod sceną zebrała się już spora grupa ludzi głodnych dźwięków serwowanych przez duet. Ci, którzy widzieli Saschę i Julienne podczas tegorocznego Taurona lub też widzieli filmiki z koncertów w internecie, wiedzieli, że mogą spodziewać czegoś zupełnie innego niż to, co mogą usłyszeć na albumie Unknown. Występy live duetu przeradzają się w DJ-ski set, podczas którego słyszymy utwory z debiutu w nowej, klubowej odsłonie. Już pierwsze dźwięki były zaproszeniem na parkiet. Potem było już tylko lepiej. Publiczność doskonale odnalazła się w klimatach serwowanych przez Saschienne. Przez godzinę wszyscy tańczyli, nikt nie zwalniał tempa. Chłonęliśmy tę niezwykłą atmosferę. Nieśmiałe uśmiechy posyłane w stronę publiczności przez Julienne zrekompensowały to, że wokalnie udzieliła się tylko dwukrotnie.

A propos uśmiechów – duet przed rozpoczęciem setu wydawał się być speszonym i zdystansowanym, z biegiem czasu czuli się coraz lepiej na scenie. Oprócz uśmiechów Julienne, można było także dostrzec je na twarzy Saschy. Saschienne zdecydowanie podbili moje serce i mam nadzieję, że tak jak ja – opuszczali wrocławski klub z uśmiechem na ustach.

Nie ma więcej wpisów