Ewolucja powinna być pokazywana na przykładzie Deftones. W nich tkwi bowiem jakiś zew natury, który pozwolił przezwyciężyć ciężkie czasy i przeżyć. Bo czy ktoś z nurtu, z którego się wywodzą, z zamierzchłej przeszłości połowy lat 90. jest im w stanie przeszkodzić? Wpisać się w muzyczne podsumowania roku? Korn stracił swój czar po przekroczeniu bariery dwudziestego pierwszego wieku, podobnie rzecz się ma z przebrzmiałymi panami z P.O.D. czy z załogą Limp Bizkit. Oni wszyscy zatracili się gdzieś w nowej epoce, od czasu do czasu żyjąc jakimś mglistym wspomnieniem w pamięci ludzi. Lecz głównie za sprawą swoich pierwszych studyjnych kroków.

Podobnie skończyć mogli i oni, choć nieco później i z nieco innych przyczyn. A jednak tragiczny wypadek basisty Chi Chenga w 2008 roku oraz jego pozostanie w stanie śpiączki zrodziło liczne eksperymenty i mentalne zmiany w zespole. Z całości przeżyć zrodził się krążek Diamond Eyes, który zdawał się odchodzić od poprzednio przyjętych schematów zagrań – poszerzał je, przekształcał, nadawał niepowtarzalny klimat i charakter zespołowi niemal na krawędzi zatracenia. Nie jest to wcale przesadą. Patrząc na całą historię Deftones, nie można nie zauważyć powolnego odchodzenia od tradycyjnego pojęcia metalu na rzecz punktów niemal popowych. Drogę tę najlepiej wyznaczyło Saturday Night Wrist, które – choć dziwaczne i niezgrabne – ciekawiło. O krok dalej poszli właśnie przy sowiej płycie, którą można nazwać przełomem i przylepić odznaczenie najważniejszego wydarzenia w historii zespołu a może nawet roku 2010.

Nic więc dziwnego, że forma słyszalna na Koi No Yokan nie ustępuje Diamond Eyes na krok. Trudno jednak ostatecznie rozstrzygnąć o wyższości jednego wydawnictwa nad drugim. Wszystko w nowych utworach ma bowiem swoje odzwierciedlenie w poprzednich płytach. Większość rzeczy można opisać i nazwać tak samo, bo Deftones nie zatraciło zadziorności, siły dźwięku, daru do tworzenia melodyjnych utworów. Deftones to dalej pokłady nieuwolnionego krzyku. Utwory epatują barierą dźwięku, niszczą i co rusz odbudowują przewodni motyw gitar (Tempest, Leathers, Goon Squad). Hałas i agresja występują w mniejszym stopniu niż zazwyczaj, a jednak to nie powoduje odczucia braku jakiegoś składnika zespołu. Pozycje można bowiem rozpatrywać dwojako: w zależności od skupienia się na danym elemencie koncepcji – fragment może być kojący niczym najlepszy balladowy utwór, z drugiej strony natomiast – powalać solidnością brzmienia. Nie ma więc klasycznego podziału na rzeczy o tempie szybszym czy wolniejszym i bardziej kruchym. Ich łagodność jest jednocześnie w swoim wydźwięku niewiarygodnie silna, bo świetnie ukrywa możliwie słabsze momenty. To bardziej symbioza – złączenie obu wcieleń zespołu, które daje wyważenie i spójność.

Więcej tu też post-rockowej ciężkości i przestrzeni, która wtłacza się bębnami Poltergeist, riffami Swerve City czy atmosferą Rosemary. Najważniejsze jednak – co będę powtarzać zawsze – że głównym składnikiem splatającym wszelkie pomysły jest głos Moreno, który chyba jako jeden z nielicznych wokalistów potrafi tak doskonale wczuć się w opisywane w tekstach stany i całą swoją emocjonalność przekazać słuchaczowi. Jest w stanie w ciągu sekundy przemienić aurę z brutalnej w niezwykle eteryczną i złączyć w całość (Gauze).

Być może rozkochanie w Diamond Eyes nie jest w stanie pozwolić mi spojrzeć na nowe dzieło zespołu inaczej niż tylko jak na fantastyczny sposób rozwinięcia wypracowanego brzmienia. Z dziwnych przyczyn nie ekscytuje mnie tak, jak mogłaby, choć jest nie mniej ważna. Niezależnie jednak od licytowania się, siódmy krążek Deftones to nic innego jak dzieło sztuki. Najważniejszy – jeśli chodzi o mocniejsze brzmienia tego roku. I osobiście liczę, że już niedługo będę mógł przy ich nazwie odznaczyć płytowy hat-trick.

Nie ma więcej wpisów