Są takie koncerty, które wspomina się miesiącami lub całe swoje życie. Są takie koncerty, po których nie ma się wystarczająco dużo energii, by postawić kolejny krok. Jest też inny rodzaj występów – taki, który wywołuje uczucie wielkiego niezadowolenia. Ale piątkowy koncert duńskich muzyków nie przynależy do żadnej z wymienionych kategorii, ponieważ był to występ godny obejrzenia i wysłuchania, ale i bez wątpienia mógł pozostawić także lekki niedosyt.

Co prawda, już na starcie, po WhoMadeWho raczej nie należy spodziewać się muzycznej ekstazy, tego rodzaju doznań, ponieważ ich materiał zdecydowanie celuje w skoordynowane ruchy bioder, tupanie nóg. W kreowaniu tanecznej atmosfery mogłoby pomóc duetowi oświetlenie, ale to w 1500m2 do wynajęcia jest ono raczej dość ubogie. Ubogie nie zawsze oznacza złe. Podczas kiedy koncerty coraz częściej zmierzają w kierunku kiczowatych perfomance’ów lub zwyczajnie wzbogacane są wyświetlanymi (najczęściej) za zespołem wizualizacjami, Duńczykom przyszło zagrać w towarzystwie kilku świateł na krzyż. Zadziało to jednak idealnie, bo cała uwaga publiczności nie była bezsensownie odciągana, a skoncentrowana na tym, co najważniejsze, czyli muzyce i występujących.

A Ci spisywali się świetnie. Ich wiejące ironią czarne muszki i białe koszule potrafiły wywołać uśmiech na twarzy uczestników koncertu. Przemyślany zabieg przyniósł pożądany efekt. Sztuką jest przekonać do siebie, czy choćby zaintrygować swoją osobą na samym starcie, bez słów i muzyki. WhoMadeWho to się udało w pierwszych sekundach, po wejściu na małą scenę klubu, kiedy dopiero zaczęli brać instrumenty w swoje ręce. Kiedy gitary zaczęły spełniać powierzone im role, oko widza mogło co jakiś czas wychwycić spontaniczne wtrącenia dla głuchoniemych, którzy mogli znaleźć się na koncercie. Gdyby ktoś nie był w stanie usłyszeć lub zrozumieć słów, Tomas oraz Jeppe spieszyli z pomocą swoimi dłońmi, przekładając to, co werbalne na język ciała. Poczucie subtelnego żartu i kpiny co jakiś czas przebijało się przez dźwięk i dało się odczuć, że to puszczanie oka to komunikat: Nie traktujcie nas zbyt poważnie.

Ale jest jeszcze warstwa muzyczna. I do tej stosunek można mieć dość ambiwalentny. Bardziej organiczne Junior Boys z powtarzaną do nieskończoności partią perkusji i funkujący bas to motyw dobry na kilka numerów, ale nie na cała płytę, a zwłaszcza całą twórczość. W pierwszych 6 utworach niemiłosiernie ten sprawdzony patent wiał nudą, przez co właśnie patrzyło się na scenę, na kicającego po scenie basistę czy rzucającego zalotne spojrzenia znad wąsa Kjellberga. I tak przeminęły z wiatrem na przykład Space for Rent, Keep Me in My Plane i Rose. Dopiero pierwsze dźwięki Tv Friend zaczęły przynosić ze sobą zmiany. Pojawiły się echa electro, witch house’u, stopniowo stężenie tanecznego pierwiastka się zagęszczało i temperatura dość szybko rosła – do erupcji jednak nie doszło. Po czterech muzycznych wybuchach, koncert formalnie się skończył, pozostały dwa bisy – w tym cover Satisfaction Benny’ego Benassi, który – jak można było się spodziewać – wypadł komicznie.

Nie ma więcej wpisów