Pierwsze skojarzenia z Wielką Brytanią to dla większości śmiertelników deszcz, fish & chips i Królowa. Nie dla nas! UK przede wszystkim przywołuje nam na myśl świetną muzykę i niezliczoną ilość koncertów. Londyn, Manchester i Liverpool kuszą ogromną dawką artystycznych wrażeń, ale my postanowiliśmy przenieść się nieco bardziej na północ i pokazać wam ciekawe muzyczne miejsca w największym szkockim mieście – Glasgow.

Pierwszym przystankiem w naszej muzycznej podróży jest położony we wschodniej części miasta Barrowlands, którego charakterystyczny neon od lat nadaje barw tej dość szarej dzielnicy. Klub, który w ciągu dnia służy jako hala targowa, otworzył swoje podwoje już w 1934 roku. Zbudowany przez Maggie McIvor, nazywaną Królową Barras, wpisał się w koncertową mapę Szkocji nie tylko ze względu na idealną akustykę, czy panującą weń atmosferę, ale dzięki swojej krwawej historii. Pod koniec lat sześćdziesiątych na parkiecie Barrowlands grasował bowiem morderca – Bible John. Mężczyzna, który swój pseudonim zawdzięcza cytowaniu Starego Testamentu swoim ofiarom, w latach 1968-1969 dopuścił się gwałtu i mordu na trzech bywalczyniach dancingu.

Zła sława Barras na szczęście należy dziś do zamierzchłej przeszłości.  Sama nazwa szkockiego lokalu powinna być chociażby dobrze znana fanom Amy Macdonald. Wokalistka poświęciła bowiem Barrowlands jedną ze swoich piosenek. Cytując piosenkarkę: Nic nie przebija uczucia wysokiego sufitu Barrowlands, kiedy zespół zaczyna grać. I ten właśnie sufit jest jednym z największych atutów klubu. Zaprojektowany w 1958 roku tuż po pożarze, który strawił całe Barrowlands, do dzisiaj gwarantuje świetną akustykę, którą chwali sobie wiele zespołów, z Metallicą na czele. W niedawnej ankiecie, skierowanej do brytyjskich zespołów, klub zdobył pierwsze miejsce w kraju. Inne źródło plasuje Barrowlands jako drugie najlepsze koncertowe miejsce na świecie. Jedno jest pewne – Barras kochają wszyscy.

Ze wspomnianym wyżej sufitem wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. 22 lipca 1997 roku, w czasie próby dźwięku, porcelanowa gwiazda zawieszona nad sceną spadła na ziemię, omijając znajdującego się na scenie artystę zaledwie o kilka centymetrów. Wokalista schylił się, podniósł gwiazdę i jak gdyby nigdy nic wsunął ją do kieszeni spodni. Incydent przeszedł bez echa, procesu sądowego nie było. Tom Joyes, ówczesny manager Barrowlands, kilka lat później wspominał całe wydarzenie z ulgą. Nic dziwnego, przecież nikt nie chciałby wkurzyć Davida Bowiego.

Z klubu mieszczącego prawie dwa tysiące osób przenieśmy się teraz do King Tut’s Wah Wah Hut, który mimo, że tak samo (a może i nawet bardziej) popularny, otwiera swe wrota przed zaledwie garstką wybrańców. No, 300 osób to może nie znowu taka garstka, ale jak na miejscówkę znaną nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i na świecie King Tut’s za zbyt duży nie uchodzi. W 2011 roku NME okrzyknęło go najlepszym małym klubem w UK, a trzy lata z rzędu BBC Radio 1 przyznało mu miano najlepszej koncertowej miejscówki w kraju. Jakby tego było mało, wypad do King Tut’s znalazł się na siódmym miejscu listy pięćdziesięciu rzeczy, które należy zrobić przed  śmiercią, wyprzedzając tym samym wspinaczkę na górę Kilimandżaro czy kąpiel z hipopotami w Botswanie.

Otwarty w 1990 roku, od początku miał do spełnienia bardzo konkretne zadanie. Odpowiedzialny za powstanie klubu – Stuart Clumpas, chciał stworzyć platformę, która siedem dni w tygodniu promowałaby mało znane zespoły. Cóż, jak do tej pory klub wywiązywał się ze swoich obowiązków nienagannie: już w 3 lata po otwarciu zyskał reputację obowiązkowego klubu na liście każdego szanującego się muzyka. W ciągu dwóch tygodni na tej samej scenie Szkoci gościli The Verve, Radiohead  i Oasis. Ci ostatni po owym koncercie podpisali kontrakt z wytwórnią muzyczną. Gdy zespół dowiedział się, że na widowni znajduje się Alan McGee, założyciel Creation Records, dał klubowi ultimatum: albo wchodzą na scenę, albo demolują bar. Dzięki tej jednej pamiętnej nocy, Manchesterska grupa na zawsze wpisała się w historię rocka, tak samo zresztą jak niewinnie wyglądający bar na Vincent Street w centrum Glasgow.

Od tamtej pory do King Tut’s szturmem zaczęły przybywać największe gwiazdy: Pulp, Florence + The Machine czy Metronomy to tylko nieliczne nazwiska z niekończącej się listy. Ciekawi mogą na własne oczy przekonać się, kto do tej pory zaliczył Tut’s. Na schodach prowadzących do sali koncertowej znajduje się swoista Aleja Sław, które do tej pory gościły na tutejszej scenie.

Klub ma też swoją własną wytwórnie płytową i… piwo. Sponsoruje też namiotową scenę na największym szkockim festiwalu muzycznym – T in the Park. Do tej pory gościły tam takie sławy, jak Queens of the Stone Age, Primal Screan czy Futurheads. Manic Street Preachers zadedykowali nawet ze sceny właścicielom Tut’s jedną ze swoich piosenek. Jak stwierdził wokalista – James Dean Bradfield – King Tut’s było pierwszym miejscem na trasie, w którym ludzie traktowali ich przyzwoicie i ich nakarmili.

Przenosząc się z centrum na West End, natrafiamy na kolejne muzycznie ciekawe miejsce. Òran Mór – po gaelicku wspaniała melodia życia lub wielka pieśń – od ośmiu lat zaliczany jest do najpopularniejszych klubów na kulturalnej mapie Glasgow, ale pomysłodawcy wyobrażali sobie przedsięwzięcie zupełnie inaczej. Zbudowany w 1862 roku obiekt z początku służył jako kościół parafialny dla rozrastającej się dzielnicy Glasgow, dziś tak popularnej wśród studentów.

Przed otwarciem w nowej roli budynek przez cztery lata stał pusty, czekając aż doszczętnie zniszczeje. Na szczęście pojawiło się dwóch potencjalnych kupców. Pierwszy proponował rekonstrukcję wewnętrznej części budynku i zamienienie jej w luksusowe apartamenty z podziemnym garażem. Los jednak chciał wygranej Colina Beattiego, który przemienił dawną świątynię w jedno z najważniejszych centrów kuturalnych i artystycznych West Endu. Po dwuletnich pracach remontowych  w czerwcu 2004 roku Òran Mór otworzyło swe podwoje dla sympatyków muzyki, teatru i sztuki. Od tamtej pory gościło na swej scenie gwiazdy takie jak Amy Winehouse, Calvin Harris czy Julia Stone. Co roku odbywa się tam też ceremonia przyznania Billy Kelly Songwriting Awards – nagród dla młodych szkockich songwriterów.

Barrowlands, King Tut’s Wah Wah Hut i Òran Mór to tylko wierzchołek muzycznej góry lodowej miasta. Glasgow zaliczane jest do jednego z najbardziej przyjaznych kulturze miast  w Wielkiej Brytanii. Co więcej, bardziej muzycznego i artystycznego miasta nie znajdziemy w całej Szkocji. Poza wymienionymi miejscami warto poszwędać się po Sauchiehall Street, gdzie natrafimy na smaczki w postaci niedawno otwartego Broadcast czy Nice N Sleazy, w którym znajomy członków Franz Ferdinand co poniedziałek organizuje Acoustic Night. W ich trakcie każdy z odrobiną talentu i odwagi może spróbować swoich sił na scenie. Nieopodal Òran Mór znajdziemy również Ashton Lane – malutką ulicę pełną ciekawych lokali, które nie dość, że na co dzień puszczają świetną muzykę, raz na jakiś czas organizują też występy lokalnych artystów. Bez zbędnych słów: scena muzyczna w Glasgow ma się bardzo dobrze.

Nie ma więcej wpisów