Tylko osiem kawałków, a jaka moc. Już sama okładka albumu sugeruje, z czym mamy do czynienia. Zdezelowana bryka in the middle of nowhere, czyli gdzieś na wypalonej słońcem pustyni, pośród kaktusów, kojotów i kołujących nad tym wszystkim ptaszysk. Jest bardzo po amerykańsku, ale w tym dobrym – przywołującym na myśl chociażby Queens of the Stone Age – znaczeniu.

Jest po męsku i konkretnie. Tu nie ma miejsca na spodnie rurki czy okulary-zerówki. Są za to skóry i motocykle, brudne, garażowe riffy, hałaśliwa perkusja i kakofonia gitar. Otwierający album Tricks jest zagrany z pasją i agresywnością, brzmi jak burza, by przez ostatnie pół minuty zupełnie się wyciszyć. Prawdziwie katharsis. Później panowie w zasadzie ani na chwilę nie zwalniają tempa. Relay jest totalnie wyluzowane, pozytywne. Z kolei Pristine wyróżnia się nieco rozmytymi dźwiękami, w których pobrzmiewa echo, przestrzeń i wolność. To chyba też jeden z nielicznych kawałków, w których agresywne, dominujące gitary ustąpiły miejsca wyraźnemu, głębokiemu basowi.

Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że w Thread zdecydowanie unosi się duch Josha Homme’a. Przypomina szaloną jazdę cadillaciem, jak w pamiętnym, kultowym klipie do Go With the Flow. Innym szczególnym numerem jest wpadający w klimaty lat 60. Offender, w którym na wokalu udziela się siostra jednego z muzyków – przez to kawałek zyskał na delikatności, melodyjności, może się też pochwalić bogatszymi, mniej dzikimi gitarami. Dwa ostatnie kawałki – Fog i Division nieco odpływają, wpadając w typowo shoegaze’owy flow. To nabierają tempa, to znów zwalniają, by w końcu rozwinąć się w monumentalne brzmieniowo kompozycje.

Podsumowując, na The Great Division znajdziemy potężną liczbę porządnych solówek, dającą po uszach perkusję i mocne, zadziorne wokale. Szkoda tylko, że płyta jest trochę zbyt mało zróżnicowana, przez co większość kawałków, zwłaszcza z pierwszej części albumu, nieco zlewa się ze sobą. Na pewno jest to bardzo fajny powrót do korzeni mocnego, pełnokrwistego rocka, który nie godzi się na kompromisy. Dobrze słyszeć, że Turnip Farm konsekwentnie podążają własną drogą w stronę zachodzącego słońca, wzbijając za sobą tumany kurzu.

Nie ma więcej wpisów