Nazywanie Wilka płytą roku jest dla mnie wielkim niezrozumieniem. Dostrzegam potencjał, dostrzegam zmiany, które nastąpiły po styczności z debiutanckim Kim Nowak. Ale to chyba za mało na nazbyt przychylne komentarze, widzące w zespole geniuszy rocka. Zdaje się, że inspiracja latami 60. brnie gdzieś dalej, skręcając w nieco bliższe obecnym czasom kierunki. To bardzo korzystne, tym bardziej, że w obecnym stanie sceny rockowej ciężko jest znaleźć coś naprawdę godnego polecenia. Zazwyczaj rock staje się wygładzony i wprowadzany w odmienne gatunki, łączony niejednokrotnie z elektroniką, brzmieniu zanikającym w masowym popie a kolaboracje hip-hopowe to już sprawa na inne rozważania.

Tymczasem Lodowiec Gigant to po prostu uderzenie. Dwuminutowa buntowniczość jest dobrym przejściem z niezbyt wymyślnych i szybkich pieśni debiutu do tego czym wypełniony jest jego następca. Na wskroś rock’n’rollowo przedstawia się utwór Krew, który wiedzie solówkami w kierunku grania progresywnego, eksploruje gitarami ciekawy motyw refrenu. Bardziej surowo i ostrzej jest przy riffach Skrzydeł czy w stonerowym podejściu do brzmienia we Wczoraj, które kipi od niepojętej rozpalającej zmysły siły.

Słychać więc doskonale, że druga płyta trio to zupełnie inna materia. Ucieczka od typowego jamowania i postawienie na przemyślane kompozycje odnoszące się nie tylko do energii tego gatunku, ale również do eksperymentów. Waglewscy przechodzą tym razem od jednego stylu do drugiego nie robiąc krzywdy sobie ani – co ważniejsze – słuchaczom. Bluesowo jawi się Noc ze swoją atmosferą zadymionego klubu, melancholią samotnego saksofonu, neurotycznym tekstem. To zresztą nie jedyna tak odosobniona instrumentalnie propozycja, bo puentą albumu jest fantastycznie rozwijający się i wielowarstwowy utwór tytułowy, w którym można usłyszeć tanpurę.

Bartek Waglewski też nieco zmienia oblicze i nie sięga po poezję. Unika zaplątanych metafor, nie sili się na oryginalność przekazu. Jest prosty lecz nie prostacki, mroczny choć nie przesadnie pretensjonalny. Wokalnie staje się też bardzo podobny do głosu swojego ojca (najlepsza kompozycja z albumu – Mokry Pies), co akurat może być tylko zaletą. Większym zaskoczeniem jest natomiast zaproszenie wokalistki Tercetu Egzotycznego do wariacji na temat bigbeatu w utworze Prosto w ogień. I to akurat niezbyt trafny wybór, bo Izabela Skrybant Dziewiątkowska w otoczce westernu brzmi nieco komicznie – niczym w skreślonym pomyśle Tarantino, który nie doszedł do realizacji. To jednak niewielki ubytek w całym zestawie na Wilku.

Owszem, brak tu pewnego brudu, niekontrolowanego chaosu i chęci wyzwolenia się raperskiej przypadłości w jaką wpadli bracia Waglewscy. Uwydatniono brzmienie basu, poprawiono riffy i zaczerpnięto kolejny oddech. Dzięki temu Kim Nowak wypada jeszcze lepiej, niż miało to miejsce dwa lata temu. Przekonali mnie do siebie, więc należy czekać na rozwinięcie. Bo z pewnością mogą jeszcze nagrać płytę roku.

Nie ma więcej wpisów