Bardzo osobista sobota to nowy cykl w serwisie musicis.pl, w którym co sobotę zaprezentujemy playlistę jednego z naszych redaktorów. To będzie bardzo osobiste podsumowanie tego, co w duszy każdego z nas gra. Chcecie poznać nasze muzyczne twarze? Włączcie Bardzo osobistą sobotę. Poniżej propozycje od Agaty:

Björk  – Who Is It
W tym  miejscu mógłby się znaleźć właściwie każdy utwór Björk. Björk kocham za wszystko: za radosne, czasem naiwne piosenki z początku kariery, za utwory o skakaniu po samochodach, za niesamowity klimat, za odwagę i siłę, za robienie tylko tego, w co wierzy i podążanie za swoją intuicją. Za to, że nie umiałaby wytłumaczyć się przed swoim synem z pisania depresyjnych, nie niosących nadziei piosenek.
Wybrałam utwór Who Is It tylko i wyłącznie ze względu na teledysk, bo tylko w ten sposób mogłam zrobić jakąkolwiek selekcję. W tym klipie jest Björk jaką lubię najbardziej – skacząca radośnie, przebrana za dzwonek (wersja teledyskowa utworu – imho o wiele lepsza od studyjnej – to właśnie Bell Choir Mix), udająca pingwina lub cokolwiek tam się właściwie  dzieje. Dookoła islandzkie dzieci z dzwoneczkami, z którymi Björk wygłupia się, jak rówieśniczka, nie jak 40-letnia wówczas kobieta. Jednym zdaniem, powtarzając po najpopularniejszym komentarzu pod klipem – kocham tę szaloną kobietę.
Jeżeli jednak mogę przemycić jeszcze trochę Björk, dorzucam skromną, ale dla mnie pełną mocy balladę w języku islandzkim  utwór Vökuró. Nie jest to prawdopodobnie nic, z czego wokalistka jest znana. Ani ekstatyczny, rozbrajająco radosny hit z lat 90tych, ani sztandarowy utwór rodem z Homogenic, którymi zdobywała najwierniejszych fanów, nie jest to nawet jeden z, tak charakterystycznych dla niej, zawstydzająco szczerych utworów o tematyce seksualnej. Również żadnych eksperymentów, muzycznej awangardy, za którą dostaje te dziesiątki statuetek. W Vökuró jest tylko głos. A właściwie aż głos – potężny i dziecinny jednocześnie, zawsze pełen ekstazy i całkowicie niepowtarzalny. Głos, którym i bez tych wszystkich upiększeń i wielkich kompozycji – jest w stanie zrobić wszystko.

Hjaltalín – Feels Like Sugar
Hjaltalín pojawia się w tym zestawieniu z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, jest to mój ulubiony islandzki zespół, zaryzykuję stwierdzeniem, że ulubiony zespół jako taki w ogóle. Drugim powodem (i prawdopodobnie również przyczyną dla której powód pierwszy istnieje :)), jest głos Högniego – obok Eddiego Veddera, właściwie jedyny głos męski, który robi na mnie tak wielkie wrażenie. Będąc jednak zdeklarowaną wielbicielką  głosów damskich, nie mogę nie wspomnieć o niesamowitej Sigríður – islandzkiej Adele. Razem tworzą oni prawdziwie zapierający dech w piersiach duet. Zresztą, o Hjaltalín rozpisywałam się już kilka razy, po prostu polecam obejrzenia choćby tego jednego klipu. Utwór Feels Like Sugar jest wyborem losowym, ponieważ w żaden sposób nie potrafiłam zdecydować – każdy utwór na płycie Terminal jest tak samo magiczny. Pomocny przy wyborze był klip – klimatyczny, pełen pasji i radości – siódemka przyjaciół grająca na scenie. Płyta Terminal była przeze mnie puszczana nieprzerwanie i nałogowo w zeszłe lato, i jest to chyba najmocniejsze jego wspomnienie. Nie wiem, jak Islandczykom się to udało, tym większe dla nich ukłony – ale płyta ta brzmi właśnie jak niekończące się lato w gronie przyjaciół. Przy odsłuchiwaniu tego albumu, polecam zwrócić uwagę również na  fantastyczny utwór Montabone, kwintesencję całego wydawnictwa,  który zapętlam całymi godzinami, prawdopodobnie przez spektakularny wkład Högniego :). Całą płytę możecie posłuchać pod tym linkiem.

Emilíana Torrini – Unemployed in Summertime
Od pierwszego momentu, w którym usłyszałam Emilíanę, a był to utwór Fingertips wiedziałam, że trochę nią wszystkich dookoła pomęczę. Znów jest to jedna konkretna płyta, a mianowicie Love in Time of Science, którą wałkowałam calutką zimę, aż w końcu koleżanka mieszkająca ze mną w jednym pokoju… także musiała się zakochać. Naszym niekwestionowanym hymnem zostało Unemployed in Summertime, idealnie wpasowujące się w nasz stan ducha, z tą różnicą, że była zima, a nie lato. We’ll get sunburned on the grass / Playing silly buggers ’till I make a pass / And you laugh at my face / Unemployed in summertime / I’ve only just turned 21, I’ll be ok / Unemployed in summertime / Don’t need money ‘cause we’re young. Niestety, obie właśnie zrobiłyśmy się trochę za stare na tą piosenkę, nadszedł czas, aby puszczać Emilíanę po powrocie z pracy.

Julia Marcell – CTRL
Julka kupiła mnie podczas tegorocznego Open’era swoim niesamowitym entuzjazmem. Cieszyła się każdą pojedynczą piosenką i każdą pozytywną reakcją publiczności. Cieszyła się, to za mało powiedziane – ona szalała z radości. Tak samo, jeśli nie jeszcze bardziej, było na ostatnim koncercie w Warszawie. Zdobyłam wtedy podstępem kilka plakatów Julii i obdarowałam wszystkich tych, których wcześniej udało mi się nią zarazić. Zagrała wtedy prawie każdy utwór z mojej ulubionej, najnowszej płyty June. To właśnie ten album króluje u mnie, jako podkład do szybszego zbierania się rano, do sprzątania, do ćwiczeń. Bo na June najważniejszy jest rytm – coś co Julia pragnęła osiągnąć i udało jej się doskonale. Oto utwór CTRL, z – jak mówi – najbardziej poetyckim tekstem, jaki kiedykolwiek napisała.

PJ Harvey – Good Fortune
Tej samej zimy, podczas której w długie wieczory królowała Emilíana, piosenka PJ Harvey Good Fortune była utworem motywacyjno-wyjściowym. Bo kto nie chciałby tak się bawić i skakać po mieście jak Polly? Zdarzało się, że razem z koleżanką, wpatrując się któryś raz z kolei w czarującą, kochaną PJ, wywijającą torebką i tańczącą na pustej ulicy, zapominałyśmy o swoim ostatnim autobusie i musiałyśmy dojeżdżać do miasta stopem. Piosenka ta była też inspiracją do kilku ciekawych pomysłów, część z nich zakończyła się fiaskiem, ale Good Fortune już zawsze będzie nam się kojarzyć z nieograniczonymi możliwościami. Zresztą, jak inaczej może się kojarzyć, przy takim obrazie i takim tekście. And I feel like some Bird In paradise / My Bad Fortune slipping away / And I feel the innocence of a child / Everybody has got something good to say.

Bloodgroup – Pro Choice
Znów Islandczycy, ale nic nie poradzę na to, że dali TAKI koncert. Styczeń 2012, Krakowski klub Forty Kleparz. Występ był rewelacyjny –  niesamowita energia, świetne nagłośnienie,  wspólna zabawa na scenie, charyzma wokalistki Sunny. Wszystko zresztą mówi oficjalny opis zespołu: ten czteroosobowy skład znany jest z sensacyjnych występów, wciągających melodii i potężnej, kunsztownie wyprodukowanej elektroniki. Tak właśnie dla mnie powinny wyglądać koncerty, takie jest w ogóle moje wyobrażenie o małych-wielkich bandach. Bloodgroup raczej nigdy nie będzie wykonawcą Open’erowym, a przynajmniej taką mam nadzieję. Widzę ich jako skład idealny do busa i kameralnych, ale spektakularnych koncertów  w klubach całej Europy. Zresztą tak oni sami siebie widzą i tego właśnie chcą. Gdybym miała taką możliwość i mogła wybierać, nie byłabym częścią tych wspaniałych i wielkich jak Sigur Rós albo Radiohead, nie byłabym Natashą Khan, ani Kate Bush, nie chciałabym być nawet Björk. Pragnę być Sunną z takiego Bloodgroup, być anonimową, objeżdżać Europę w swoim busie, fantastycznie się bawiąc i dając TAKIE koncerty.

Nie ma więcej wpisów