Medicine Man to już piąty studyjny album w dorobku zespołu The Bamboos. Australijczycy bardzo umiejętnie łączą na nim brzmienie soulu i funku, prezentując przyjemnie prowadzone po melodiach wokale zaproszonych gości. Co więcej, całości nadają momentami nienachalnej popowości, sprawiając, że Medicine Man jest krążkiem, do którego wciąż chce się wracać, który wciąż się podoba, który wciąż cieszy i automatycznie pobudza różne części ciała do tego, by nimi pobujać, potupać lub poklaskać.

Największą siłą tej płyty jest jej pozytywna energia, wylewająca się z niemalże wszystkich utworów i uderzająca słuchacza z taką mocą, że nie sposób nie dać się temu ponieść. Pośród jedenastu pozycji na trackliście, jedynie The Wilhelm Scream i Window zwalniają nieco tempo, wciąż jednak zawierając w sobie przebłyskujące lekko dźwięki. Do wspomnianych dwóch dołożyć można jeszcze kawałek I Never, który z uwagi na swój tekst – rewelacyjnie zresztą wyśpiewany przez Daniela Merriweathera, który sprawił, że I Never to utwór przepiękny, głęboki, poruszający – niezupełnie może zostać uznany za źródło tej dobrej energii, chociaż zawiera w sobie swoisty power.

Cała reszta natomiast to prawdziwe pociski radości (przede wszystkim: Where Does the Time Go? z dobrze znanym w obrębie swojego gatunku głosem Aloe Blacca, Midnight czy też Eliza), mimo wszystko. Kiedy znakomita większość produkcji bazuje obecnie na elektronicznych motywach, nawet tych najbardziej wymyślnych, Medicine Man serwuje brzmienie powszechnie znanych instrumentów, takich jak: perkusja, gitara, trąbka, saksofon, flet czy tamburyn, które tworzą kompozycje tak bogate, że słuchając tego krążka każdy kolejny raz, zawsze można wysłyszeć na nim coś nowego.

Członkowie The Bamboos doskonale wiedzą, jak obchodzić się z wykorzystywanym instrumentarium. Najlepsze jednak jest to, że równie dobrze wiedzą, jak wygenerować dzięki niemu utwory, przy których chce się szaleć, tańczyć, których chce się słuchać bez końca. Ta płyta ma w sobie wszystko. Wszystko, co dobre, pozytywne i co sprawia, że jest to jeden z lepszych albumów kończącego się już roku. Ta płyta to uzależniający groove w najczystszej postaci.

Nie ma więcej wpisów