Panowie z łódzkiego Kamp! to strzelce wyborowi. Mają oko tak celne, że ich każdy kolejny wystrzał jest obserwowany najprawdopodobniej przez całą muzycznie alternatywną społeczność. Od słuchaczy, którzy na polskim gruncie znaleźli to, z czym dobrze się poznali za granicą, po recenzentów, którzy wreszcie chcą mieć swojego pupilka. Chociaż nie wszyscy są fanami – obserwują. Pytanie bowiem brzmi: czy wreszcie będziemy mieli zespół potrafiący wychwytywać muzyczne trendy, umiejętnie adaptować je na własny sposób i robić to elektronicznie, a nie co najwyżej elektrycznie? Wydarzeniem mającym przypieczętować i tak bardzo dobrą pozycję łodzian jest ich album długogrający.

Wymagania wobec niego niemałe – to ma być idealny strzał, perfekcyjny, przebijający poprzednie EP-ki, które już trafiły w sam środek tarczy. Debiut powinien je rozpłatać, sprawić, że zapomnimy o poprzednich wydawnictwach tego tria. I prawie wszystkie recenzje tej płyty, które zostały do tej pory opublikowane, przekonują, że tak jest – oto wreszcie mamy i nie musimy się wstydzić, bo Radek Krzyżanowski, Michał Słodowy i Tomek Szpaderski potwierdzili swoją wysoką klasę i uratowali nas przed końcem świata. We mnie jednak otwiera się wewnętrzny Adaś Miauczyński, otwiera okno i stanowczo mówi: Nikt tego już nie chce słuchać. Co panu się wydaje, że gra pan na Pradze przed wojną lub zaraz po? Co pan, przeleżał pod lodem pół wieku?

Świat muzyki zdążył przemielić wszystkie komponenty wchodzące w skład tegorocznego Kamp!, napisać, że fajne, ale że skończyło się na Kill’em All, zajarać się trzecim albumem Crystal Castles i – co dla tej płyty ważniejsze – zapomnieć o takich nazwach jak Washed Out, Toro y Moi, Cut Copy czy LCD Soundsystem. Czas w muzyce upływa bardzo szybko i jest dla artystów bezlitosny. Jeśli chcesz się liczyć, to tak jak internista czy chirurg – musisz być na bieżąco ze wszystkim ze swojej dziedziny, inaczej wypadasz, a wrócić do łask jest bardzo trudno. Kamp! na bieżąco nie są i to słychać od samego początku. Postawiono im zbyt wysokie oczekiwania, których sami zainteresowani chyba nie do końca chcieli, a może uwierzyli, że je spełnią. Takie myśli przychodzą, gdy słucha się tej płyty.

Łodzianie wybrali nowe elementy do swojego brzmienia, zmienili je, ale nie wyszło im to na dobre. Nawet, jeśli zapomnimy o wymaganiach wobec tego debiutu i zażyczymy sobie dobrych piosenek, nie dostaniemy ich. Cały nowy materiał jest nudny, nijaki, bezpłciowy, przewidywalny. Konstrukcje utworów są aż zbyt proste, one same brzmieniowo leżą zbyt blisko siebie. Nie ma poczucia różnorodności, wręcz przeciwnie – czasem można odczuć wrażenie, że motyw A, pojawił się już kilka razy w różnych miejscach. To odczucie wzmaga fakt, że piosenki są ze sobą powiązane, a jedyne co je oddziela to numer na trackliście. Jedyne pozycje godne uwagi już znamy – Distance of the Modern Hearts i Heats.

Nikt jednak nie wyciągnie mopa i nie każe im się wynosić. Debiutancki krążek to nawet nie zmarnowane szanse czy strzał w stopę – brak mu do tego siły wyrazu. Kamp! to zwykłe rozczarowanie, nieistotny punkt w światowej – wszak nie ma granic – muzyce. Szkoda. Po prostu.

Nie ma więcej wpisów