Proste, nieprzekombinowane beaty, syntezatory i dużo basu, plus historie o byłych, przyszłych i niedoszłych – tak w skrócie można podsumować drugi w dorobku album Zosi Mikuckiej, bo to ona właśnie ukrywa się pod pseudonimem Soniamiki. Jest słodko-gorzko, bujająco i tanecznie, jest też girl power i niezależność, której zbyt szybko pozbywamy się, gdy na horyzoncie pojawi się ten czarujący, zły chłopiec…

To krótkie piosenki o dziewczynach, które trochę zbyt mocno chcą być kochane – i temat ten powtarza się w zasadzie przez cały krążek. W Lemoniadzie zapętlony motyw i znów podkreśla nieustanne pakowanie się w relacje oparte na niedotrzymanych obietnicach. Pragnienie zostania zauważoną usłyszymy w Samolot, razem z sugestią, że pojawienie się owego wyczekiwanego niego w magiczny sposób rozwiąże wszystkie problemy (poza tym, mamy ładną klarnetową wstawkę). W Morzu pobrzmiewa nieco Lykke Li (oraz szum fal), mamy fajny, pulsujący rytm i klaskanie. Kinokosmos przemyca dziwaczne dźwięki rodem ze starych gier komputerowych. Na polsko-angielskim Night Is So Safe wybijają się wesołe syntezatory, z kolei na Japamin dominuje już raczej bas.

Zachwyciła i rozczuliła mnie Jesień na Hawajach – to chyba ten kawałek wybija się najwyraźniej z całej czternastki. Mamy słodką pieśń o rajskim otoczeniu niezdolnym uleczyć serca, które, w myśl jednego z najbardziej zaskakujących i przewrotnych tekstów na płycie, pękło niczym kokos (sic!)… Brzmienie w udany sposób naśladuje niebiańskie rytmy hula i ogólnie rzecz biorąc po tym numerze każdy będzie marzył o takiej jesieni.

Morze Jutro to z kolei przytulanka na elektro potańcówce, z wibrującymi klawiszami i trzaskającą mocno drum machine. Mroczny i pokręcony beat Wiem nie stanowi przeciwwagę dla rozmarzonego, dziewczyńskiego Różowego, w którym po raz kolejny na pierwszy plan wybija się głównie motyw tęsknoty za chodzeniem za rękę wśród romantycznych krajobrazów.

Muzycznie SNMK kontrastuje ze słodkimi tekstami, które są ujmująco naiwne. Cały album jest nieco sinusoidalny, radość przeplata się ze łzami. To rzecz o współczesnych dwudziestoparolatkach, które nie godzą się na bycie samą i wciąż wierzą, że on jednak zadzwoni… Moje panie, dajcie sobie więc jeszcze jeden dzień na smutne rozmyślania, a potem porzućcie sny o niezdecydowanych facetach, załóżcie szpilki i zostawcie niespełnione marzenia daleko za sobą.

Nie ma więcej wpisów