I will suprise you sometime. Jeżeli ktoś jeszcze nie łapie własnych myśli na regularnym powtarzaniu, jak cholernie szybko się zestarzał, niech zauważy, że od premiery tego albumu minęła już cała dekada. Niech przypomni sobie, jak niedawno temu czytał w Internecie burzliwe dyskusje nad realnością lub nierealnością geniuszu Banksa w tych pięćdziesięciu minutach muzyki. Dycha na karku albumu, który był przecież krzykiem młodych, ich głosem, tych – obecnie – panów daleko po trzydziestce. Zmieniło się wszystko, włącznie z postrzeganiem Interpolu w muzycznym świecie. Nie zmienił się jednak sam krążek. Wciąż wraca, zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, na palcach zakrada się do życia i raz jeszcze farbuje swoimi barwami horyzonty. Oh, I will surprise you sometime – śpiewałeś wtedy, diable, choć nie wiedziałeś nawet, jak bliskie prawdy będą te ironiczne słowa. Nie wiem, czy Turn on the Bright Lights był albumem prawdziwie niezbędnym, trudno się po zaledwie dziesięciu latach w tej kwestii zorientować, jednak niewątpliwie wpłynął, jeżeli nie na sam ruch ożywienia post punku, to przynajmniej kilka grup i powagę muzyki niezależnej. Wiem za to, że był (i jest nadal) albumem perfekcyjnym, debiutem, którego będzie się zazdrościć jeszcze długo.

Jak to naprawdę było z tymi chłopcami w garniturkach i ich gitarowym rzępoleniu, przypominaniu nazwy Joy Division większości krytyków? Poważnie zelektryzowali samą muzyką, czy znaleźli się w odpowiednim miejscu o idealnej porze? Prawda, jak to często bywa, leży pewnie po środku. Bo fakt, że gdyby akurat zapotrzebowania na taki nastrój, takie dźwięki i takie garniturki nie było, gdyby przypadkiem nie powstał wolny kwadracik w układance muzycznego przemysłu, to całe starania Nowojorczyków poszłyby na marne. A tak padło kilka wielkich zdań z najważniejszych źródeł i machina ruszyła. Dziś wiadomo, na jak długo, z jakim skutkiem. Panowie nigdy nie zdołali opuścić cienia wielkiego albumu-macochy, zawsze z nim porównywani, krytykowani, choć przecież stale próbujący i w końcu chyba pogodzeni, że z małego, wolnego kwdracika wyjść się nie da, dzisiaj, po całkiem dobrym Interpol, na czas nieokreślony zawiesili broń. Trudno wierzyć, że kiedykolwiek zdołają powtórzyć tamten czyn, nawet jeżeli powrócą do studia. To tak, jak z nieszczęsnym Call of Duty, które raz trafiwszy w sedno, doi złotą krową nie mogąc na dobrą sprawę za wiele zmienić. Idealny moment. Idealny czas. Idealna, chwilowo, forma. I szał. Album roku według mózgów Pitchforka, dwudzieste miejsce w podsumowaniu dekady tamże i kilka innych, równie chwalebnych wyróżnień na pod koniec lat zerowych. No i garść klasycznych, pokazujących totalny brak wiedzy sprzeciwów. Ku uczczeniu pamięci dziwnej rewolucji, jaką Turn On the Bright Lights z pewnością było.

I’ll come around when you’re down. Prawda to. Interpol nie wraca do muzycznego życia w momentach sukcesu lub bliżej nieokreślonego uczucia spełnienia. Po płytę tę sięgamy dopiero, gdy namalowany złudnymi nadziejami obrazek świata pęka. Pierwsza rysa wywołuje cały proces zapalny, w ciągu którego to właśnie te dźwięki zdają się decydować o otaczającej rzeczywistości. Dziwnym trafem miasto zalewa milcząca fala mgły, albo spada pierwszy prawdziwie jesienny deszcz. Słuchawki zapętlają się na szyi, ironia codzienności pozostawia gorzki posmak w kącikach ust. Słuchacz włóczy się ciemnymi alejkami niczym nawiedzony. Uświadamia sobie, że cały świat gra komedię, że jedyną pewnością pozostaje…znak zapytania. Coś niezwykle prawdziwego kryje się w tych utworach i pisanym je jadzie. Banks stworzył obraz współczesnego piewcy wiekowego spleenu, który odczuwa przecież, choćby nawet rzadko, każdy z nas. Obserwujemy nieznośną paplaninę innych, nie odnajdując w niej żadnego punktu zaczepienia, odczuwamy pogardę wobec problemów naszych znajomych, chowamy nasze popędy do zamrażalnika. Istniejemy na granicy bytu i przepaści świadomości. I to jest OK, to faza przejściowa, acz niezbędna do przetrwania. Wytrzymania na tym polu bitwy.

Jedna gitara, wejście perkusji, druga gitara, kilka słów i zaczyna się przedziwna magia. Jeżeli rzeczywiście w prostocie tkwi największy potencjał emocjonalny, Nowojorczycy trafili w sedno. Czy to w utworze skrajnie przebojowym, jak klasyczny Obstacle 1 (możliwy do zagrania nawet w Guitar Hero!), czy we wstrząsających, budowanych stopniowo potopach muzycznej depresji – szczerość przekazu, zgodność dźwięku z ideą, harmonia rozgoryczenia i przekąsu. Jeżeli ktoś w mojej piaskownicy stwierdza, że fajne, skoczne kawałki, mam ochotę rozbić o tę pustą głowę jedną z łopatek i przez utworzoną dziurę nalać jakąkolwiek dozę zrozumienia. Lub po prostu milczę, współczuję braku wyczucia, duszy. Komercyjny sukces Turn on the Bright Lights zaskakuje. Bo i owszem, dostaliśmy muzykę głośną, krzykliwą, ale przecież niezmiernie smutną. Stojącą okrakiem wobec założeń tego, co ma być popularne. Najsmutniejsze przeboje z MTV w zestawieniu z dogłębną analizą pozornie przebojowych fragmentów tego albumu budzą uśmieszek politowania.

Słyszę od czasu do czasu inspiracje debiutem Interpolu, podobne rzępolenie, znajomą mechanikę sekcji rytmicznej, ale nie powiedziałbym, że był to album rewolucyjny dla samego rozwoju muzyki rockowej. Rewolucję wywołał na podłożu emocjonalnym, asymilując się ze światem przedstawionym każdego z nas. Bo nie w momentach załamania stawiamy największe kroki, lecz dopiero po zwycięstwie ze zrujnowanym chwilowo światopoglądem. A zgniło-pomarańczowe światła ciemnej sypialni towarzyszą zawsze dolnej części życiowej sinusoidy, najtrudniejszym i najbogatszym zarazem w doświadczenia momencie. Po nich, dopiero gdy zgasną, będzie lepiej. A za jakiś czas wrócą, zgodnie ze słowami, które dwukrotnie już cytowałem, zaskoczą ponownie. Gdybym kiedyś szarpnął się na debilną zabawę w sto płyt na bezludną wyspę (sto to chyba byłaby minimalna norma, czyż nie?), debiut Interpolu wpisałbym pewnie jednym z pierwszych ruchów nadgarstka. Bo wiem, że zawsze nadejdzie czas, gdy będzie mi potrzebny.

Nie ma więcej wpisów