Najpierw dwa słowa o czarującym supporcie w postaci Enchanted Hunters, bo zawsze warto wspomnieć o tych, których zadaniem jest przygotować nas na występ gwiazdy wieczoru. Z tą dosyć niewdzięczną funkcją młody zespół z Gdynii poradził sobie nadzwyczaj dobrze. Nie mieli oni zbyt wygórowanych oczekiwań wobec publiczności nastawionej na zupełnie inny rodzaj muzyki, ale potrafili wzbudzić zainteresowanie swoimi delikatnymi, pełnymi uroku dźwiękami. Ich zwiewne melodie zaczarowały zgromadzonych w klubie na tyle, że wcale nie dało się odczuć nerwowego oczekiwania na ten właściwy koncert.

W momencie kiedy na scenie pojawili się Yeasayer otoczeni przez specjalnie przygotowaną na tę trasę scenografię, od razu było wiadomo, że będzie co wspominać po tym występie. Wielu artystów podkreśla wyjątkowość polskiej publiczności, ale nikt nie okazuje tego tak jak oni. Chris Keating powiedział, że jesteśmy ich ulubionym przystankiem na europejskiej trasie i sądząc po tym jak dobrze bawili się w warszawskim Basenie, nie śmiem w te słowa wątpić.

Zaczęli trochę niemrawo, bo też Blue Paper nie należy do najbardziej porywających kawałków, ale już Henrietta zrobiła swoje i na dobre rozkręciła imprezę. Keating jest naturalnym liderem, prawdziwym showmanem, który potrafi złapać świetny kontakt z fanami, co jest nieodzowną częścią koncertu. Także jego piosenki należą do tych najbardziej dynamicznych, wspomniana już Henrietta, Longevity czy Reagan’s Skeleton powodowały szaleństwo pod sceną i wzmożone wibracje podłogi Basenu.

Anand Wilder za to jest bardziej wycofany, statyczny, choć z rozbrajającą szczerością wytłumaczył fanom, że niedawno został tatusiem co spowodowało przełożenie europejskiej trasy. Nie sądzę jednak aby po brawurowym wykonaniu Folk Hero Shtick – najlepszego kawałka na ostatnim albumie, oraz uwielbianego przez wszystkich One, ktoś jeszcze miał do niego pretensje.

Wydawałoby się, że Yeasayer nie należą do tych, których piosenki chóralnie odśpiewuje się pod sceną ale pozory mylą, 2080 przedstawiono jako ten stary kawałek, co wcale nie przeszkodziło publiczności w wykrzyczeniu tekstu razem z zespołem.

Zgodnie z zasadą, że to co najlepsze zostawia się na deser, Ambling Alp, zapowiedziane jako ‚sing – along song’, zostało zagrane na koniec zasadniczej części koncertu, na tym etapie zarówno zespół jak i fani, bawili się tak dobrze, że chyba nikt nie miał ochoty kończyć. To wyglądało tak jakby obie strony czerpały z siebie nawzajem energię, która napędzała je do dalszej zabawy, z każdą kolejną piosenką Yeasayer byli bardziej wyluzowani, a sztywne ramy koncertu przechodziły w radosną imprezę. Ukoronowaniem tego były dwa ostatnie kawałki – dzikie i szalone Tightrope oraz wyjątkowo słoneczna wersja Wait For the Summer zagrana po to aby na chwilę zapomnieć o zimnie panującym na zewnątrz.

Powietrze w klubie wypełniło się pozytywnymi wibracjami, między triem z Brooklynu, a polską publicznością nastąpił pewien rodzaj porozumienia, którego nie da się wyrazić słowami, które za to spowoduje, że muzycy nigdy nie pominą naszego kraju przy planowaniu kolejnych tras.

Nie ma więcej wpisów