music is ... muzyka z najlepszej strony. Najciekawsze, selektywnie wybrane informacje muzyczne ze świata i rodzimego podwórka. Newsy, Wywiady, Festiwale, Konkursy, Galerie, Video

 

UL/KR. UL/KR

Powiem jedno: więcej takich debiutów. Przemyślany, poukładany, absolutnie nie na siłę, a co najważniejsze – pozostawiający niedosyt, chęć, by natychmiast po ostatnim kawałku na nowo wcisnąć play. Na ośmiu krótkich kompozycjach duet UL/KR zarejestrował elektronikę z duszą, wspartą niebanalnymi, enigmatycznymi tekstami.

Chociaż Błażej Król i Maurycy Kiebzak-Górski nagrywali album parnymi, letnimi nocami, równie dobrze słucha się go mroźną zimą, kiedy wszystko spowite jest grubą warstwą lodu. Bo brzmienie krążka pozostaje właśnie raczej zimne. Pięćdziesiąt pięć sekund Wdechu jest jak nagłe wynurzenie się z lodowatej wody i rozpaczliwe złapanie pierwszej dawki powietrza, niczym narodzenie się na nowo z mroku i chłodu.

Tuż nad głowami poraziło mnie zarówno elektryzującym brzmieniem syntezatorów, jak i odbijającym się echem, przepełnionym skrajnymi emocjami głosem Króla. Z kolei wsłuchiwanie się w tekst utworu stwarza niewiarygodnie szerokie pole do odkrywania coraz to nowych interpretacji i znaczeń. Wszystko tu zdaje się być poranione, poszarpane, wymęczone, jak na opustoszałym polu walki.

Beat w Po tak cienkim lodzie naśladuje powolne bicie serca w stanie hibernacji. Jednak wciąż wyczuwalne jest napięcie. Relacje, o których opowiada wokalista, oparte są na wzajemnym podglądaniu i szpiegowaniu się. Wszystko jest nieco tajemnicze, ukradkowe, nieoczywiste. Nagłe, niesamowite przełamanie tonu mamy w utworze numer pięć – V. Jest głośno, wręcz ogłuszająco, ekstatycznie, rytm wywołuje skojarzenia z karnawałem w Rio, przestrzeń dzwoni, wibruje. Potem zaczynają się trzaski, coś zdaje się łamać się i walić – to początek Słodko tak. Jednak z tej kakofonii stopniowo wyłania się melodia – przejrzysta, prostsza niż dotychczasowe kompozycje. Jest bardziej pozytywnie i lżej.

Brodzę to powrót do bardziej mrocznych, dusznych klimatów. Rozlegające się w tle organy potęgują wrażenie niepokoju, smutku, przytłaczającej beznadziei. Z refrenem nastrój zmienia się, wybrzmiewa w nim nadzieja, by chwilę potem znów zanurzyć się w melancholii. Zamykające album Ruiny są prawdziwym majstersztykiem. Od niesprecyzowanych, szumiących dźwięków, poprzez urywane oddechy, do fantastycznego, znów pełnego napięcia wokalu Króla i wreszcie będącego raczej zestawieniem obrazów niż spójną całością tekstu.

UL/KR to album, którego chciałoby się słuchać 356 razy i więcej w roku (sprawdźcie Ruiny), uwodzi swoją bezpretensjonalnością i udowadnia, że czasami mniej znaczy więcej. W nowym roku pozostaje nam cierpliwie czekać na kolejną odsłonę twórczości duetu. W neurotycznych, chłodnych klimatach sprawdzili się świetnie, czas pokaże, czy będą konsekwentnie się ich trzymać, czy może spróbują swoich sił w zupełnie nowej stylistyce. Tak czy inaczej – miejcie na nich ucho.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...