Od czasu, gdy wszyscy stracili głowy dla pierwszych dźwięków Cough Cough, ja również z niecierpliwością czekałam na ukazanie się drugiego w dorobku Everything Everything albumu. Wreszcie dzień ten nadszedł i Arc ujrzał światło dzienne. Wrażenia? Płyta z gatunku grower, która, gdy już połkniesz haczyk, na długo utkwi ci w głowie.

Chociaż stylistycznie krążek nie odstaje od debiutu, wciąż jest to świeża, dynamiczna porcja solidnie przygotowanych kawałków. Otwierający nowe nagranie Cough Cough to zdecydowanie jeden z lepszych wstępniaków ostatnich lat. Numer praktycznie zwala z nóg (już nie wspominając o ilustrującym go klipie). Tempo, bębny, kaskady klawiszów, Jonathan Higgs wypluwający głoski na granicy połamania sobie języka… Jest ogień. Kemosabe zwiększa dawkę komputerowej elektroniki – odgrywane z wysoką częstotliwością akordy i powtarzające się w kółko poszczególne frazy tworzą wrażenie, jakby coś tu się zacinało. Torso of the Week jest już spokojniejsze, atakuje jednak natarczywym, również opartym na powtórzeniach gitarowym refrenem.

Duet zaskakuje sekcją smyczkową, która zresztą perfekcyjnie wkomponowuje się w klimat kawałka, nadaje mu lekkości, ale pod koniec to perkusja i gitary górują nad brzmieniem. Choice Mountain uderza w nieco melancholijne tony, kiedy zmęczony wokal szybuje w górnych partiach. Feet for Hands opiera się na akustycznej, ale szarpanej z mocą gitarze, a Undrowned na klawiszach. Wydźwięk tego ostatniego jest nieco rozpaczliwy, głównie za sprawą przeciągłego śpiewu lidera grupy.

Armourland przerywa tę wyważoną stylistykę, wprowadza połamane beaty i asymetryczny rytm – brzmienie zwrotek i refrenu jest w typowy dla EE sposób wyraźnie od siebie oddzielone, jak dwa gryzące się kolory. Refren jest ciepły i rozmarzony, stanowi w końcu romantyczne wyznanie o nie dających spokoju pragnieniach. Zbyt mało uczucia? Dalej mamy rozrzewniony The House Is Dust, w którym falset Higgsa wspina się na kolejne wyżyny, momentami otoczony jedynie klamrą subtelnego fortepianu. Chińskie melodie ludowe? To pierwsze skojarzenie na początkowe akordy Radiant. Najdłuższy utwór, The Peaks, kończy się ładnym, nastrojowym chórkiem, narastający hałas syntezatorów tworzy elektryzujące tło. Przygodę z albumem kończymy znów fantastycznie energetycznym Don’t Try, który wycisza się uwielbianą przez kwartet wielogłosowością, jakby zapowiadając, że to nie wszystko, co mają do powiedzenia.

Chociaż mimo wszystko mniej szaleńczy niż debiut, Arc jest nie mniej ubogi w niezwykle udane kompozycje. Bardziej wyważony i subtelny, ale atakuje znienacka mocnymi uderzeniami. To wciąż pełne emocji i dynamiki muzyczne pociski, zdecydowany krok Everything Everything w kierunku ugruntowania sobie zasłużonej pozycji jako jednego z najciekawszych młodych zespołów Wielkiej Brytanii.

 

 

Nie ma więcej wpisów