To trio nie okupuje wysokich miejsc w zestawieniach na najlepsze albumy roku czy – tym bardziej – dekady, nie jest to również zespół, w którego kontekście można mówić o wielkiej popularności czy choćby egzystowaniu w mediach. Yo La Tengo to po prostu grupka znajomych, którzy od 22 lat grają ze sobą w niezmienionym składzie. Bez spektakularnych sukcesów, bez podbijania alternatywnych list przebojów, wydając studyjne albumy, których brzmienie można zamknąć w paru utworach.

W przypadku innej nazwy, to mógłby być zarzut, ale nie jeśli idzie o Yo La Tengo. Od Ride the Tiger trzymają ten sam, zadowalający acz nie wprowadzający w ekscytację poziom. Trochę cisną się porównania z Sonic Youth, od początku brzmiącymi niemal niezmiennie, a jednak inaczej – to byłby jedyny punkt łączący oba te projekty i w dodatku trochę naciągany, ze względu na udany flirt Amerykanów z New Jersey z elektroniką.

Pomimo tego lekkiego naciągania, Fade brzmi podobnie do, na przykład, Summer Songs. Piętnasty krążek w kolejności – licząc ścieżki filmowe – i kolejny tak naprawdę nawiązujący do tego, co już nazwą Yo La Tengo sygnowane było. Jedyna różnica w stosunku do większości poprzednich wydawnictw tej grupy polega na tym, że niektóre piosenki są odrobinę lżejsze, bardziej akustyczne niż do tej pory. Ot, cała rewolucja. Dziesięć piosenek lekkich, zwiewnych, posiadających taką bardzo przyjemną odmianę ładnych, urokliwych melodii, które nie zapadają w pamięć i mogłyby zostać zagrane przez każdego, kto posiadł podstawową wiedzę i umiejętności w pisaniu piosenek. Tylko że trio z Hoboken robi to po prostu z jakąś nieokreśloną gracją, wyczuciem, które się słyszy, przez co te kawałki nie są tak infantylne jak mogłyby być.

Może to kwestia doświadczenia, a może zwyczajnej konsekwencji, lawirowania między własnym spojrzeniem na noise-pop i twee, a odskakiwaniem w ambient i elektronikę, z perspektywy czasu wyglądającym bardziej na momenty wytchnienia od eksploatowania gitar, niż poszukiwanie nowego brzmienia lub jego poszerzanie. W końcu, gdyby nie parę drobiazgów instrumentalnych – jak zepchnięty na dalszy plan syntezator – ta płyta mogłaby wyjść równie dobrze kilkanaście lat temu i wtedy byłaby wydawnictwem równie dobrym.

Impas. Pisanie o tym albumie wydaje się być zbędne. Przecież wszyscy fani zespołu już to słyszeli, tę indie-popową partię gitary dobrze korespondującą ze skrzypcami, ten trochę bardziej przesterowany noise-pop, ten bardziej szepczący wokal Kaplana, którego wspierają jedynie infantylne klawisze czy rozmyta partia gitary i automat perkusyjny. I prawdopodobnie w większości wypadków potrafią oni podać nazwę zespołu, który nagrał to bardzo podobnie, czy też którego nazwa pasowałaby tu jako inspiracja. A mimo to, jest to album jak zwykle dobry – nie można mu nic zarzucić, bo niczego nie miał udowodnić. Chyba tylko, że Yo La Tengo są dobrym zespołem, który nigdy nie chciał być wielki, a zwyczajnie grać to co lubi. Taki absolutny, wręcz nieznośny banał.

Nie ma więcej wpisów