Cztery lata – niemal tyle trzeba było czekać na ponowne ożywienie Nosaj Thing. I ciężko będzie określić procentowy układ osób, którzy Home uznają za album bardzo dobry i dopracowany bardziej niż debiut, a którzy z nich, słuchających przez tyle czasu Drift, sophomorem będą po prostu znudzeni. Nie da się bowiem ukryć, że to nieco inne wydanie Jasona Chunga, a to pokazuje brak zastoju i ciągłe poszukiwania. I choć to tylko trzydzieści sześć minut, to cieplejsze i bardziej snujące się niż stawiające na rozgłos uderzeń dźwięki nie są zawodem.

Wybrany na singiel Eclipse/Blue z Kazu Makino na wokalu to dzieło. Przejmujące, niewiarygodnie enigmatyczne, atakujące emocjonalnym refrenem w potrawce z 8-bitowych wariacji. Podkład można przyrównać też do hip-hopowych poczynań. A w tym całym zamieszaniu dzieje się jeszcze więcej, bo jego rytm kontrastuje z zamglonym basem, niknącym – a jednocześnie silnym – głosem Makino i jej manierą przypominającą śpiew ostatkiem sił, na ostatnim oddechu. I choć już dalej nic nie jest w stanie wytworzyć takiej atmosfery i zebrać takiego poklasku, Nosaj Thing stara się przypomnieć, że to on jest twórcą Drift, a przy tym pokazać, że potrafi czerpać z innych wzorców. Safe oraz Glue udają się gdzieś w kierunku mistrza ambientu i dubstepu. Również nad Tell unosi się duch Buriala. Wszystkie one są jednak tylko nawiązaniem, różniącym się licznymi zmianami i większą szybkością tempa, charakterystycznym dla Chunga zestawieniem uderzeń klawiszy i przycisków, wreszcie też brzmienia perkusyjnego. I tak jak na debiucie – pokazuje, że lubi, gdy te mocniejsze fragmenty mają swoją przeciwwagę. I tak brzmi otwierający album utwór tytułowy, subtelnie rozbudza się lżejszy Distance dochodząc aż do Phase III spod znaku chillwave.

Wybrzmiewa też piękno czystego, niemal niezmąconego elektroniką pianina Prelude, które jednak dalej pozostaje tylko ciekawostką, bo pomysł z tego numeru nie zostaje wdrożony w większe dzieło. Te niespełna dwie minuty nie są w stanie zwojować niczego więcej jak tylko przychylnego uśmiechu. Nie ma jednak uwielbienia. To przychodzi na sam koniec, gdy mamy do czynienia z najlepszą częścią kontynuacji tytułowej – Light #3, gdzie zapętlone pianino skocznie zmienia się w kolejne, bliżej niezidentyfikowane dźwięki bitów, elektronicznych upiększaczy.

Album brzmi więc dalej jak poszukiwanie odpowiedniego brzmienia i dalszy techniczny sprawdzian umiejętności. Efekt końcowy nie zachwyca w pełni, ale jednocześnie nie da się nie uznać go za bazę do punktu trzeciego – jeszcze bardziej wartościowego. Jeśli tylko przez kolejne lata Jason Chung nie postawi na diametralną zmianę. O ile jednak w stosunku do debiutanckich dźwięków kalifornijczyka nie często można było się tak odnieść, Home w wielu momentach jest po prostu piękne.

Nie ma więcej wpisów