Alec Feld swoją ostatnią EP-ką wydaną kilka tygodni wcześniej nie wzbudził zaufania. Jakby ciążył mu debiutancki album, z którym i ja – właściwie nie wiadomo dlaczego – męczyłem się dość długo, aż do ostatecznej konkluzji dowodzącej, że to propozycja ciekawa, lecz tylko w sensie przystawki, nie dania głównego. A jednak przełknięcie Dark Matters i danie szansy amerykańskiemu producentowi właśnie zaprocentowało. Haçienda to może nie danie główne na miarę pięciu gwiazdek, lecz i tak po wysłuchaniu czterdziestominutowego materiału możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że tylko wzbudziło apetyt na ciąg dalszy.

Odchodząc jednak od materii związanej z kuchnią, płyta lokuje się w zupełnie innym miejscu, a może raczej miejscach – parkietach różnych nocnych klubów. Z początku częstuje duchotą Heat Fever – błyskających i oślepiających migawek, następnie daje odetchnąć muzycznym tłem do nocnych przechadzek między jednym a drugim zestawem muzycznych wrażeń. Ale Better Off Alone wypada dość przeciętnie i szybko nudzi w ciągu swoich pięciu minut. Żeńskie, uporczywe szepty talk to me nie działają już po chwili i raczej zwodzą z wyznaczonej trasy, niż do czegokolwiek zachęcają. Dopiero Attack okazuje się prawdziwym rozpoczęciem tego, czym w zamyśle jest Haçienda – połączeniem stylów, wrażeń i odmian. Świat zaczyna przyjemnie kręcić, pojawia się nutka funku, mieszanka indie-disco i muzyki house.

Przy kolejnych propozycjach można uznać, że słuchamy mixtape’u bo I Can’t Resist, dzięki stylowemu zamglonemu wokalowi, okazuje się być złączeniem światów Empire of the Sun, może nawet Friendly Fires czy też patrząc bliżej – niektórym dokonaniom Kamp!. Nieustannie wtłaczany w melodię motyw klawiszowy zmaga się z potęgą flow, które prezentuje Expensive Looks. Również jakby z zupełnie innej beczki Losd. Tu przede wszystkim znajdziemy wpływ brzmień R’n’B, motywów gitar wyciągniętych żywcem z poczynań Franka Oceana, melodią zapożyczoną z Take Care Drake’a. Nerwowy bit podkreśla i toruje drogę do plemiennych uderzeń refrenu, a od połowy wybucha syntezatorowym szumem i pulsacją.

Wreszcie Force, które jakby bez odpowiedniej tytułowi mocy zostaje tylko ładnym wstępem dość futurystycznej podróży Temper. Ostatnie minuty albumu to wypełniające przestrzeń efemeryczne pogłosy. Pozornie prosty podkład zmienia swe oblicze co chwila, różne kombinacje dodaje nieco drętwa perkusja, bębny, a także motywy klawiszowe, które po prostu rozpływają się i zanikają. To coś na co czeka się ponownie po pierwszym usłyszeniu.

Można oczywiście spytać, dlaczego Alec Feld postanowił zerwać z disco lat 80. i przenieść swoje poczynania w świat nowej ery dyskotekowych ciągot. Nie ma tu raczej nostalgii i choć bedroom chillwave dalej gdzieś przemyka, to Expensive Looks zdaje się rozpędzać i próbować większej różnorodności. I zaskakująco dobrze mu to wychodzi, patrząc na wszystkie gatunki i zespoły, które można wymienić przy poszczególnych numerach. Ale ta siódemka nie marnuje swoich okazji, naszego czasu. Fragmenty debiutu nie były w pełni rozwinięte, chwytały nas tylko niektóre z dziewięciu propozycji. W pełni działało jakieś 30% materii. Tutaj sprawa ma się inaczej. Oby tylko muzyk zadomowił się w haciendzie na dłużej.

Nie ma więcej wpisów