O tym 19-latku napisano już chyba wszystko. Objawienie – według brytyjskiej prasy muzycznej, namaszczony przez samego Noela Gallaghera, który obsadził go w roli supportu swojej trasy koncertowej. I chociaż z zasady do takich genialnych, pojawiających się w zasadzie znikąd nazwisk podchodzę z dużą dozą rezerwy, Buggowi trzeba przyznać jedno – głośno o nim nie bez powodu.

Na swoim debiucie młodziutki Wyspiarz wskrzesza tradycję ery singerów-songwriterów, którzy – uzbrojeni jedynie w gitarę i wiecznie spłukani – wyśpiewywali swe kompozycje, przemierzając na stopa wszystkie stany Ameryki. To brzmienie jak ze starych, nieco zdartych winyli, oparte na klasyce, elegancji i chwilami mocnych, chwilami nastrojowych akustycznych gitarach. Wyprawa w te klimaty zaczyna się utworem Lightning Bolt – jest skocznie, konkretnie i dynamicznie, szczerze i bezpośrednio. Kolejne trzy kawałki idą za ciosem, jednak apogeum mamy już w numerze drugim – Two Fingers, który zapewnił Buggowi rozpoznawalność i obecność w radiowych rozgłośniach. Do prostego brzmienia wprowadza jednak bardziej współczesne elementy, podkręca je zadziorną gitarą elektryczną. Gra rytmicznie, konkretnie, po męsku, a słuchaczowi przed oczami stają sceny z filmu Walk the Line.

Jednak już od piątego spośród aż czternastu kawałków atmosfera nieco siada, wydźwięk wydawnictwa zdecydowanie traci na zróżnicowaniu, a co za tym idzie – na dynamice. Za sprawą Country Song czy Broken robi się spokojniej, nastrojowo, wręcz uczuciowo. Okalająca Simple as This harmonijka wprowadza nieco melancholii, może zadumy? Każe również przypuszczać, że Brytyjczykowi bliżej chyba do klimatów południowego Tennessee sprzed pół wieku niż do deszczowej Anglii. Wprawdzie ten rozrzewniony klimat przełamują Trouble Town, czy zainspirowane indiańskimi motywami Ballad of Mr Jones, jednak ostatnie utwory to znów spadek tempa i leniwe kiwanie głową. To prawda – jest ładnie, tęsknie, jest nawet urokliwe swojskie zaciąganie. Uważne ucho dosłyszy też subtelne skrzypce czy wiolonczele. Ale w rytm zamykających krążek Slide, Someone Told Me czy Note to Self można się już raczej tylko poprzytulać albo utulić do snu.

Być może taki nostalgiczny klimat wynika ze świadomości, że Bugg stoi w obliczu prawdopodobnie największej zmiany w swoim życiu – powoli żegna się z dotychczasową rzeczywistością, światem, który tak dobrze znał, a który w ciągu paru chwil urósł mu do niebotycznych wręcz rozmiarów. Choć debiut ten, mimo że błyskotliwy, jest jednak zbyt mało urozmaicony, trudno pozbyć się wrażenia, że możemy mieć do czynienia z nowym wcieleniem Johnny’ego Casha. A Jake Bugg niebawem może wyrosnąć na jednego z czołowych brytyjskich kompozytorów i ustawić się w szeregu tuż obok Alexa Turnera.

Nie ma więcej wpisów