Trudno jakkolwiek zaklasyfikować Collections, co zresztą powiedział sam Rick Boardman. A jednak zestaw różnych brzmień – niekoniecznie podobnych (według zespołu) – powinien mieć chociaż jakieś przebłyski the best of. To w końcu dzieła zebrane. A jednak Delphic po raz kolejny wpadają w dziwną muzyczną pułapkę. Nie poruszając jednak kwestii całkiem niezłego, choć nieco przyciężkiego Acolyte, trzeba przyznać, że jego następca jest pod każdym względem gorszy. Rozpatrywanie kolejnych zmian, jakie nastąpiły przez ostatnie trzy lata, mija się z celem, bo nie dość, że ten album brzmi jak ciąg jednakowych nut, to w dodatku jest raczej kolekcją pomysłów – słabych prób, marnych szkiców mających okazać się radiowymi przebojami.

Nie ma oczywiście niczego złego w przebojowości, ale ta radykalna zmiana muzyki zespołu pewnie zostałaby odebrana pozytywniej, gdyby tylko prezentowała coś ciekawego. A tak pozostaje nam się cieszyć odgłosami telefonicznych rozmów Tears Before Bedtime. Melancholia jazzowej trąbki w tle i mroczny, depresyjny klimat są ciekawym posunięciem, które jednak nie ma żadnego sensu w zestawieniu z całą resztą dźwięków sophomore’a. Poza tym, to smutne, że najlepsza część tego albumu trwa tylko trzy minuty.

Bardzo dobre wrażenie sprawia też Atlas z pociągającym początkowym gitarowym riffem. Miesza się w nim jakieś wspomnienie późniejszych Unkle oraz… Depeche Mode. To wszystko przez refren, gdzie usłyszymy głębię głosu niczym u Dave’a Gahana. To nie jedyny atut tego utworu, który ma fantastyczną cechę zmiany nastrojów – w jednej chwili za pomocą fortepianu robi się anielsko, potem znowu całość zmienia się w ekscytację dźwięków, a na końcu wszystko łączy się i wiruje.

Czerpanie inspiracji z różnych brzmień nie ma jednak pożytecznego skutku i jest raczej przestrogą dla innych kapel, jak nie tworzyć muzyki. Przede wszystkim rażą liczne stylistyczne nawiązania na siłę wepchnięte w popowe wariacje na temat bycia fajnym, sławnym i wysłuchiwanym przez rzesze. Memeo to nieporozumienie, w którym jakimś cudem Delphic postanowili znaleźć mityczną nić artyzmu z The Internet oraz Markiem Ronsonem. Trudno jest też orzec, czym ma być Exotic – głęboki akt przedszkolnej sztuki rapu i beat-boxingu pozbawiony emocji, flow, charakteru. W tym wypadku lepiej wypada Changes, które w pewnym stopniu nawiązuje do wibracji r’n’b, by – niestety – w końcowym stadium zmienić się w papkę niezdecydowania co do szybkości tempa i celu swojego powstania.

Również Baiya oraz Of the Young wywierają zaciekawienie dotyczące obecnego i wcześniejszego wcielenia Delphic. Zniknęły elektorniczne przestrzenie, zamiast nich dostajemy jakąś dziwną mieszankę – wcale nie wybuchową – elektroniki Friendly Fires, synthpopowych wrażliwości i większej ilości gitar. Nie brzmi to jednak ani w pełni rockowo, ani elektronicznie, nie jest też nawet tym, czym w zamyśle inicjatora jest indie. Wszystko, co tutaj się znajduje, jest do przesady rozciągnięte we wszystkie kierunki świata. Delphic proponują nam skosztowanie kilku różnych, nieodpowiednio przyrządzonych i podanych potraw, które mają w zamyśle stanowić o ich wszechstronności. Tymczasem dostajemy mdłe i niedoprawione przystawki, którymi oszukać chce się gości na co dzień żywiących się jedzeniem z fast foodów. Ni to smaczne, oryginalne i zaspokajające nasz głód.

Nie ma więcej wpisów