Bardzo osobista sobota to nowy cykl w serwisie musicis.pl, w którym co sobotę zaprezentujemy playlistę jednego z naszych redaktorów. To będzie bardzo osobiste podsumowanie tego, co w duszy każdego z nas gra. Chcecie poznać nasze muzyczne twarze? Włączcie Bardzo osobistą sobotę. Poniżej propozycje od Agnieszki:

1. Kings of Leon – On Call

To od nich wszystko się zaczęło i wszystko się z nimi skończy. Kings of Leon to jeden z tych zespołów dzięki którym na poważnie wskoczyłam do muzycznego oceanu i mam do nich ogromny sentyment. Na początku był to tylko niewinny, licealny psychofanizm, który później przerodził się w prawdziwą miłość i szacunek do ogólnie pojmowanej, muzyki. Nie zapomnę ich pierwszego występu w Polsce, który równocześnie był moim pierwszym poważnym festiwalowym koncertem. Godziny wyczekiwania z przodu sceny, barierki wbijające się w żebra… Ale wszystko to było warte każdej sekundy udręki, bo na tym koncercie poznałam moją najlepszą przyjaciółkę, z którą oczywiście wybieram się na ich kolejny występ. Jakaż była radość, kiedy 6 grudnia padła w Trójce ich nazwa! Dlaczego On Call? Bo to utwór, dzięki któremu zainteresowałam się grupą i z pewnością pozostanie w moim sercu do końca życia.

2. Yeah Yeah Yeahs – Y Control

Spróbujcie przy tej piosence nawet nie tupnąć nóżką! Energia, moc, fitness, sport! Teraz na poważnie, debiutancki album Yeah Yeah Yeahs przyniósł ich dwie najlepsze piosenki: wyżej wspomnianą i oczywiście Maps. YYYs są moim niespełnionym koncertowym marzeniem. Na swój sposób jestem zakochana w Karen O i czekam już dobre kilka lat na ich występ w Polsce, dlatego tak bardzo ucieszyłam się na wieści o nadchodzącej płycie. Czy w 2013 roku spełni się moje muzyczne życzenie?

3. Arcade Fire – Rebellion (Lies)

Z tą piosenką wiążą się moje najlepsze i najzabawniejsze momenty związane z muzyką. Rok temu byłam pewna, że pojawią się na Openerze, na którym niestety nie mogłam być. Kiedy na zajęciach dostałam od kolegi SMS-a z wiadomością, że będą w czerwcu w Torwarze obchodziło mnie tylko jedno: kiedy? Nie wytrzymałam, szybko wsadziłam komórkę do kieszeni, pobiegłam do toalety niemalże dusząc łzy radości i wykonałam telefon do przyjaciółki. 24 czerwca, TAK! Mogę jechać! Dobę po koncercie już mnie nie było w kraju. Później dowiedziałam się, że mój lot pierwotnie miał być dzień wcześniej i nie mogłabym już być na jednym z koncertów życia. Liniom lotniczym serdecznie dziękujemy!

4. Sigur Rós – Glósóli

Z najzabawniejszych momentów przechodzimy do tych bardziej poważnych. W twórczość Sigur Rósa zaczęłam zagłębiać się całkiem niedawno. Ktoś ze znajomych wrzucił na Facebooka link z wykonaniem jakiegoś utworu, które pojawiło się w filmie Heima. Słyszałam już co nieco na ten temat i poczułam impuls. Włączyłam go i wyłączyłam będąc już innym człowiekiem. Ta muzyka mnie oczarowała, sprawiła, że nie było dnia bez Takk, nie było dnia bez Glósóli, czy Saeglopur. Nie było dnia bez Heimy… Kiedy wracam do domu po studenckim tygodniu zaraz zaczynają rozbrzmiewać ich dźwięki z mojego pokoju. Przecież Heima means at home. Nie mogłam być w Krakowie, nie będę w Berlinie, już wiem, że nie będę na koncercie w Warszawie… Może Ostrava…? W końcu samo oczekiwanie też może być ekscytujące…

5. Morrissey – The Last Of The Famous International Playboys

Numer pięć to odrobina klasyki. Uwielbiam The Smiths, uwielbiam solową twórczość Morrisseya i nieziemsko bawiłam się czytając książkę pod tytułem Inny Chłopiec Willy’ego Russella, której bohaterem jest brytyjski nastolatek wpadający w absurdalne sytuacje i do tego zakochany w dorobku grupy The Smiths. Pozwólcie, że posłużę się cytatem:

Patrzył na mnie. Potem zaczął rozglądać się po moim pokoju, gapić się na ściany i plakaty z Morrisseyem.
– Patrz! – powiedział – Popatrz tylko! – Wskazał na ścianę i na twój plakat, Morrissey, na którym z tylnej kieszeni wystają ci kwiaty. – Na takiego chcesz się wykierować? – spytał. – Na takiego jak ten chory palant? Spójrz tylko! Spójrz na niego! Wygląda jak alfons z bukietem żonkili w tyłku!
Gorąco polecam!

6. Alt-J – Breezeblocks

Po klasyce pora na nowości. Albumem Anno Domini 2012 ogłaszam An Awesome Wave, a Breezeblocks jest jak wirus, zaraza, epidemia, która krąży i dotyka kolejnych słuchaczy. Please don’t go, I love you so… I love you so, I love you so… Nuciłam całe lato, podśpiewuję do teraz.

Nie ma więcej wpisów