Jeden z najbardziej znanych reprezentantów islandzkiej sceny muzycznej wydał właśnie swój trzeci longplay zatytułowany Flowers – współgranie tytułu i zawartości materiału nie podlega żadnej wątpliwości. Sindri Már Sigfússon zaprasza nas do ogrodu pełnego słonecznych dźwięków. Każdy utwór rozkwita w wiosennym rytmie i wydobywa to, co najlepsze w muzyce pop. Kiedy dodamy do tego nazwisko producenta, wszystko wydaje się już jasne – Alex Somers zmienił geniusza folkowego lo-fi w mistrza popowych refrenów. Początki tej ewolucji można było zauważyć już na wydanej w ubiegłym roku EP-ce Half Dreams. Teraz obaj panowie postawili kropkę nad i.

Sindri postawił na sprawdzone i utarte schematy. Jeśli lato – to beztroska. Jeśli beztroska – to młodość. Sam się do tego przyznał, że czerpał ze swoich młodzieńczych wspomnień i zawarł w swojej twórczości najprostsze uczucia jakie jej towarzyszą: miłość, odrzucenie, wzloty, upadki, sukcesy i porażki. Wszystko to słychać już w pierwszym utworze Young Boys, który brzmi jak leniwy folkowy szlagier śpiewany przy ognisku w lesie: We were young boys, smoking in the woods, I showed you how, I showed you how. What’s Wrong with Your Eyes to prawdziwie stadionowy przebój, gdzie delikatny folk, orkiestrowe aranżacje i wokale w tle przeplatają się z głębokim basem, sprawiając, że ten utwór zyskuje niebywałej mocy i lekko zadziornego charakteru. Kolejny utwór znacznie zwalnia. Look at the Light jest piękną balladą łączącą smyczki i rytm wojskowego marszu. W podobnym, marszowym klimacie utrzymany jest kawałek Sunbeam, który odznacza się swoistą melodyjną frywolnością.

Niestety, po tym utworze następuje pewne załamanie. Druga część albumu jest odrobinę słabsza, miałka i właściwie obojętna. Niczym nie zaskakuje, ale też nie odrzuca. Wyjątkiem jest See Ribs – to ewidentnie mocny, indie-popowy akcent z muśnięciami shoegaze’owych gitar, który odstaje od całej kwiecistej konwencji albumu. Dalej słychać eksperymentowanie artysty zarówno w wokalach, jak i melodiach, które wprowadzają nieco chaosu do tak uporządkowanej i logicznej pierwszej części (Everything Alright).

Nazwa Sin Fang od zawsze była gwarantem dobrej jakości. I tym razem otrzymaliśmy niezłą dawkę alternatywnego popu. Album z pewnością cechuje świeżość i produkcyjna zręczność, która dowodzi temu, że muzyka popowa może mieć wiele twarzy. Może się wydawać, że na płycie słychać cały czas kwieciste zaśpiewy w rodzaju: uuuuuuu, ooooooo i różnych rzeczy w tym klimacie, ale to nie męczy. Przywołuje jedynie dreszczyk emocji nadchodzącego lata.

Nie ma więcej wpisów