Trzeba przyznać wprost, że Elias Rønnenfelt nawet nie udaje, że nie potrafi śpiewać i nie wysila się, aby jakoś zmieniać ten stan rzeczy. Nie oszukujmy się jednak – nie każdy artysta, aby uznać go za ciekawego i wartościowego, musi znać się na rzeczy. Tu sytuacja ma się również inaczej z powodu gatunku, który obrali sobie Duńczycy. W punku, jak wiadomo, nie ma wielkich spisanych niczym przykazania reguł. Trudno też o jakiekolwiek skandale związane z posądzeniem o sprzedanie się. I tak, po ciekawym debiucie i rozgłosie spowodowanym wielkimi ocenami na kilku muzycznych portalach, Iceage wraca, opierając się magii sławy, hype’u i powszechnej komercji. I znowu częstuje słuchaczy tylko dwoma kwadransami muzyki.

Chyba nikt nie spodziewał się, że You’re Nothing może brzmieć drastycznie różnie niż to, co do tej pory prezentowała grupa. Dalej bowiem można ich postawić między młode punkowe kapele, jak i nieco bardziej znane i pośrednio odnoszące się jako inspiracje zespołu, jak chociażby Sex Pistols, Joy Division, Warsaw.

Nie ma więc muzycznej rewolucji – jest porządne podtrzymywanie tradycji. Fantastyczną linię basu prowadzi narastające w ciężkości Burning Hands, spazmatycznym agonalnym krzykiem: Pressure, pressure! Oh God, no! porywa Ecstasy. Następujące po sobie Everything Drifts i Wounded Hearts, oparte właściwie na tym samym riffie, dają radę podążyć w dwóch różnych kierunkach. Wyjście z jednego punktu powoduje dwa różne tempa, inne podejście do melodyjności (jeśli gdzieś akurat odpowiednia gitara zdoła się przebić przez ścianę dźwięku) czy w końcu rodzaj ich przyswajalności. Tak różny, bo w pierwszym przypadku nadający się na rockową dyskotekę, w drugim – również za sprawą chóralnych okrzyków – jako tło kibicowskich burd.

Ale nie jest też tak, że Iceage opiera się na tych samych nieskoordynowanych dźwiękach mających sprawiać wrażenie bycia. Przyjaźniejszą stroną, gdzie króluje melodia, serwowaną przez przewodnią gitarę okazuje się Awake, wspomniane już Everything Drifts, a dla tych nieco dalej od tradycyjnego klimatu punkowego – utwór tytułowy, jakby bliski najwcześniejszym wyczynom Cool Kids of Death. To jednak, co z jednej strony brzmi fantastycznie, z drugiej przywołuje mieszane uczucia zażenowania godnego występom niektórych młodych gwiazdek estrady – In Haze – lub obojętności spowodowanej wrażeniem kiepskiej powtórki z rozrywki – It Might Hit First.

Wielkim odstępstwem jest również Morals – muzyczna perełka pokazująca, że liczy się nie tylko hałas i brud, ale również spokój i harmonia. Choć dalej mamy do czynienia z jazgotem gitar, to jest on przepuszczany w marszowy rytm bębnów przez pojedyncze tony fortepianu. Ten zabieg wprowadza melancholię, choć za sprawą lamentu: Where’s your morals? Rønnenfelta i jego ponurych odgłosów – sapań i łapczywych oddechów – okazuje się chyba najmocniejszą i najprawdziwszą rzeczą, jaką zdołali z siebie wykrzesać Iceage.

Ten album nie ma więc w sobie wartości muzycznej określanej w dzisiejszym świecie. Jest jego przeciwieństwem. Ale to właśnie w nim tkwi ta siła – nieposkromiona, zupełnie pozbawiona technicznych dopieszczeń, na przekór bez rytmu, z połamanymi nutami, fałszem. Ale również energią, zadziornością i prawdziwością. Cechami jakich wielu qasi-punkowcom pokroju Green Day brakuje.

Nie ma więcej wpisów