Raz na kilka lat zdarza się koncert, podczas którego publiczność ma wrażenie prawie transcendentnej więzi emocjonalnej z wykonawcą. Koncert, który sprawia, że włosy na karku stają dęba, serce bije mocniej, krtań gniecie w gardle niczym ciało obce, a nogi wrastają w podłogę. Ryzykując, że zabrzmię dramatycznie i kiczowato – wczorajszy koncert Soap&Skin w warszawskim Basenie okazał się właśnie takim wydarzeniem.

Ukrywająca się pod tym pseudonimem młodziutka (21 lat) austriacka pianistka, producentka i wokalistka, Anja Plaschg, przyjechała do Polski zagrać dwa koncerty – w Krakowie i właśnie w Warszawie. Uwiedziony znakomitym, drugim już albumem artystki, stawiłem się więc pod sceną. Nie spodziewałem się, że czeka mnie aż takie uderzenie pięścią w twarz. Koncert zaczął się jak filmy Hitchcocka – eksplozją. Atakujący zmysły industrialnymi, połamanymi do granic możliwości rytmami i dramatycznymi partiami instrumentów dętych utwór Deathmental i stojąca samotnie przed mikrofonem wokalistka zrobiły na publiczności takie wrażenie, że między końcem utworu a oklaskami musiało minąć kilka dobrych sekund. Taka sytuacja miała się jeszcze tego wieczora powtórzyć nieraz. Zostaliśmy zabrani w niesamowicie emocjonalną podróż pomiędzy delikatnymi, zagranymi na pianinie balladami, ciężkimi, fabrycznymi samplami i pełnymi rozpaczy wokalizami, przechodzącymi miejscami w krzyk. Wspomagana przez kwintet smyczkowy, trębacza i starszą siostrę Plaschg na dodatkowym wokalu, Anja zdawała się poddawać bezwolnie nastrojom przepływających utworów, kanalizując w sobie całe uczucie, jakie włożyła w pisanie tych, bardzo osobistych przecież, małych arcydzieł.

Usłyszeliśmy znakomite Marche Funèbre, budzące grozę Big Hand Nails Down, a nawet cover Desireless Voyage Voyage, zaskakujący kompletnie odmienną aranżacją. Spokojniejsze fragmenty koncertu przywodziły na myśl fortepianowy recital, na czele z klasycyzującym Lost, monumentalnym Thanatos czy napisanym przez 16-letnią Anję Mr Gaunt PT 1000 – utwory można by wymieniać w nieskończoność, szczególnie, że koncert trwał naprawdę długo. Komplementy należą się też człowiekowi od oświetlenia – świetnie oddawało ono klimat koncertu, a eksplodujący momentami zza fortepianu stroboskop podkreślał najbardziej dramatyczne momenty.

Wielu słuchaczy na pewno zgodzi się ze mną jednak, że punktem kulminacyjnym wieczoru był utwór Vater, otwierający drugą płytę, którego spokojne melancholijne pasaże, opowiadające o nieżyjącym ojcu autorki, nagle wybuchły chaosem przesterowanych brzmień, płaczącą ludzkim głosem trąbką i rozpaczliwym krzykiem. Ten moment wymagał od Anji jeszcze większego zaangażowania niż inne, a należy nadmienić, że jej emocje ani razu nie wydały się sztuczne czy wymuszone. Ta młoda kobieta naprawdę wypruła przed nami metaforyczne flaki i dała z siebie wszystko, co skwitowała między utworami cichym I tried my best. Można nie być amatorem takiego psychologicznego ekshibicjonizmu, ale nie sposób było nie zostać porwanym przez jej muzykę. Uderzająca dojrzałość muzyczna jak na tak młody wiek i autentyczność przekazu sprawiły, że nie było na publice chyba nikogo, kto byłby zawiedziony. Wystarczy wspomnieć, że jeden z słuchaczy po prostu zemdlał z nadmiaru wrażeń.

Jak gdyby ta prawie półtoragodzinna muzyczna uczta to nadal było mało, wokalistka dała jeszcze trzy bisy, za każdym razem pojawiając się na scenie coraz bardziej wzruszona tym, jak bardzo publika identyfikuje się z jej wykonaniami. Usłyszeliśmy niesamowite wykonanie Meltdown Clinta Mansella (tak, to ten pan, który napisał muzykę m.in. do Requiem dla Snu), jej wersję Pale Blue Eyes z repertuaru The Velvet Underground, a jako ostatni, żeby nie było wątpliwości, że to naprawdę już koniec – cover The End The Doorsów.

Nie ma więcej wpisów