Formacja How to Destroy Angels już od jakichś dwóch lat jest kością niezgody pomiędzy fanami Nine Inch Nails i muzyki Trenta Reznora. Złośliwcy porównują Mariqueen Mandig (prywatnie – żonę artysty) do Yoko Ono i wpływu, jaki miała na twórczość, a ostatecznie i samo istnienie The Beatles. Podczas słuchania długogrającego materiału formacji wszelkie tendencje do demonizacji roli tych złych żon muzyków przechodzą w mig.

Zacznijmy od tego, że Welcome Oblivion dosłownie ogłupia niesamowitym dźwiękiem. Produkcja albumu jest absolutnie nieskazitelna: tam gdzie ma być selektywnie – brzmi jak żyleta, tam gdzie ma być chaos i zniszczenie – nie bierze jeńców. Mógłbym siedzieć nad tymi dźwiękami tygodniami, a i tak nie znalazłbym nawet jednej rzeczy, do której można by się przyczepić. Reznor i Ross, którzy są odpowiedzialni za brzmienie elektroniki na płycie, przeszli samych siebie. Krystaliczne, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób brudne syntezatory w On the Wing, pływający bas w singlowym How Long?, industrialny, zacinający się podkład w Keep it Together – mógłbym wymieniać takie smaczki w nieskończoność.

Sprawą, która najbardziej niepokoiła mnie w związku z albumem były wokale, ale i tutaj zostałem uspokojony już po pierwszym przesłuchaniu. To prawda, głos Mariqueen nie należy do wyjątkowych i czasami irytuje przesadną słodyczą. Działa jednak dobrze jako przeciwwaga dla wszechobecnej dźwiękowej entropii, a czasami nawet udaje mu się ją pogłębić (przepuszczony przez przester krzyk w tytułowym utworze). Fani nosowego głosu Reznora też będą mieli czego posłuchać – małżonkowie często w niespodziewany sposób wymieniają się rolą wokalisty, a nawet śpiewają w pięknej harmonii (How Long?, chwytliwe Too Late, All Gone, Strings and Attractors). Na chwilę zastanowienia zasługują też aranżacje, które wydają się być ewolucją tego, co działo się ostatnimi czasy z macierzystą formacją lidera. Schowane, zmutowane gitary, mnóstwo trzasków i pojawiających się znienacka pisków, które jednakże, wiedzione jakimś niesamowicie turpistycznym poczuciem piękna twórców, uwodzą prawie jak chór syren. Mimo tego, że wiele z utworów ma prostą, transową lub piosenkową strukturę, to nie jest to album łatwy w odbiorze, szczególnie dla słuchaczy nieprzywykłych do stylistyki industrialu. Tym ciekawsze będzie jego starcie z rzeszą mainstreamowych odbiorców, do których niechybnie trafi.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Welcome Oblivion jest albumem, który nie tylko pomoże przełamać radykalizm dotychczasowych przeciwników nowego oblicza Reznora, ale i zjedna formacji niejednego nowego fana. Od okrągłej dziesiątki w rubryce ocena dzieli go niewiele, właściwie to tylko nieco przydługawa i rozimprowizowana końcówka płyty. Jest to inteligentny mariaż emocji i zimnych, maszynowych dźwięków, który może posłużyć za dźwiękowy komentarz tego, co siedzi w nowoczesnym człowieku. W końcu żyjemy w czasach, w których wszechobecna technologia w dużym stopniu określa nasze życie – dlaczego więc muzyka, której słuchamy nie ma tego odzwierciedlać?

Nie ma więcej wpisów