Wkładamy płytę do odtwarzacza, włączamy play i już po pierwszych dźwiękach spoglądamy ponownie na okładkę: Czy to faktycznie on?

Z łatką klasycznego chillwave Chazwick Bradley Bundick funkcjonował przez dwie poprzednie płyty, aż w końcu zapowiadając, że underground go nie kręci, postanowił robić muzykę pop, a właściwie przyswajać to, co jest najlepsze w popkulturze i przerabiać na własne dźwięki.

Ale nie bójcie się, trzeci album Bundicka nadal utrzymany jest w znanym artyście klimacie, jednak jest to płyta niewątpliwie dojrzalsza, odważniejsza, bardziej złożona. Na trzecim longplayu Chazwicka usłyszymy sample r’n’b, syntezatorowe basy czy elektryczne pianino. Nie zabrakło tam też funkowych oraz house’owych nawiązań.

Pierwsze trzy kawałki na Anything in Return mówią nam, że oto w naszych uszach rozbrzmiewa świeży, nowoczesny Toro Y Moi. W Harm in Change, Say That czy So Many Details nie doświadczymy chazwickowego, leniwego retro. Nie ma w nich też lirycznej i harmonijnej nuty. Jest za to dynamizm, rytmiczny beat, który sprawia, że chce się tupać nóżką.

I kiedy już ukontentowani – i zaskoczeni nowym wcieleniem Bundicka – podkręcamy volume, nagle okazuje się, że przy Rose Quartz tempo spada, odkrywając przed nami trochę nijakie i mało różniące się od siebie dźwięki. Taki klimat ciągnie się aż do pozycji z numerem 10. Szczerze, pozbyłabym się z płyty Studies i High Living. To prawda, że budowanie atmosfery polega na pełnej feerii dźwięków, ale do tego służą wspomniany wyżej Rose Quartz czy głęboki, soulowy Touch. Wrażenie robi też Cake – po którymś z kolei odsłuchu wpada w ucho i zaczynamy nawet nucić: She knows, I’mma be her boy forever i dalej: And she knows, I’m gonna have it all or better. Jednak przez ową spowolnioną i trochę oderwaną od reszty środkową część płyty mamy poczucie, iż nie możemy traktować jej w całości jako rewolucji. Może dobrze, może źle.

W każdym razie, jeśli nadal grają Wam w głowie utwory z Underneath the Pine, Anything in Return przyswoicie bez problemu. Jeśli zaś czekaliście na odejście od poprzednich, rozmarzonych i magnetofonowych brzmień oraz totalną przemianę Chazwicka, tutaj w całości takowej nie ma. Mimo wszystko, Bundick składa nam pewną obietnicę – obietnicę na to, że kolejna produkcja Toro Y Moi będzie równie intrygująca, opierająca się schematom i różnorodna, jak dotychczasowa twórczość.

Nie ma więcej wpisów