Nie przepadam za kobiecymi wokalami. Tak po prostu. Jest bardzo mało śpiewających pań, których barwa głosu czy umiejętności pokazania emocji w muzyce robią na mnie wrażenie, których słuchanie sprawia prawdziwą, niewymuszoną przyjemność. Cała reszta wokalistek – szczególnie rockowych – brzmi podobnie, nijako. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy w sieci jakaś strona polecała wszystkim fanom Muse zespół z wokalistką na czele. Dałam się zwieść. Tym bardziej, że się okazało, iż The Joy Formidable, o których mowa, będzie supportować w trakcie trasy słynne trio z Devon. Teraz ta walijska grupa – z Ritzy Brian na czele – wydała kolejny album, w którym pokładano spore nadzieje po całkiem zgrabnym debiucie sprzed dwóch lat.

Płyta zaczyna się naprawdę bardzo ładnie – około 40-sekundowe intro sprawiające wrażenie, jakby wyciągnięto je z malowniczej, filmowej etiudy potrafi nastroić słuchacza, w którego chwilę później uderza głośny, przebojowy kawałek This Ladder Is Ours. To co najlepiej charakteryzuje cały krążek i przewija się od pierwszego utworu po ostatni, to właśnie przebojowość – te kompozycje zaopatrzone są w bardzo nośne melodie, chwytliwe refreny i wpadające w ucho dźwięki. Jednak po którymś przesłuchaniu z rzędu, wszystko jest już tak oczywiste, że zaczyna powiewać nudą i to ostro. Są na tym krążku dobre momenty, głównie w warstwie instrumentalnej. Wokal natomiast często irytuje i niemal w każdym kawałku z nieco podkręconym tempem brzmi identycznie. Dopiero w wolniejszych numerach Ritzy zaczyna się ocierać o interpretację tego, co zawarte jest w tekście.

Widać po tym albumie, że zespół ma aspiracje do grania pokaźnych, stadionowych koncertów – może to wpływ tych kilku supportów przed megalomanami z Devon? A może to już siedziało w nich od jakiegoś czasu, a płyta ma być tego wyrazem? Jedno jest pewne – ten krążek jest dobrze wyprodukowany, z tym, że wydaje się celować bardziej w nastolatki zakochane w pop-rocku (które tu w gratisie dostaną odrobinkę garażowego noise’u), niż w kogoś kto poszukuje alternatywnego grania, a właśnie tym mianem określani są The Joy Formidable.

Zbierając to wszystko razem, mamy zespół nieco podobny do Paramore, który potrafił jednak przebić Amerykanów, nagrywając lepszą płytę (stosunek zapychaczy do fajnych kawałków jest tu o wiele korzystniejszy dla słuchacza), ale absolutnie nie powalającą na kolana. Ciekawe, gdzie lekkie zamiłowanie do patetyzmu zaprowadzi ich w przyszłości. Teraz jest to krążek, o którym szybko się zapomina, mimo tych wszystkich zabiegów z chwytliwymi riffami i wpadającymi w ucho melodiami. W głowie pozostaje tylko kilka kawałków – choćby otwierający krążek This Ladder Is Ours, The Leopard and the Lung czy Maw Maw Song. Zdecydowanie ciekawszy hałas Walijczycy generowali na debiucie, dlatego szkoda, że nie poszli tamtą drogą.

Nie ma więcej wpisów