Francuscy didżeje i producenci Gesaffelstein i Brodinski są ostatnimi czasy niczym papużki nierozłączki (w bardzo podobny sposób jak wcześniej Brodinski i Yuksek). Naturalne zatem było, że zagrać na Bang! w warszawskim 1500m2 do wynajęcia przyjechali razem. Zakrojona na dużą skalę impreza miała na liście płac połowę warszawskiej sceny około elektronicznej, rozpoczynając od weterana Szuma, przez organizującego całe wydarzenie Jicka Maggera, po grającego na małej scenie, popularnego wśród młodszej publiczności Freak Slaughtera.

Ponieważ nie był to mój jedyny obowiązek piątkowego wieczoru, przybyłem na miejsce modnie spóźniony, ale akurat w momencie, kiedy Jick Magger ustępował miejsca za deckami pierwszej z gwiazd wieczoru. Piski damskiej części publiki, które witały obydwu Francuzów, mogły sprawiać wrażenie, że przyjechało do nas dwóch modeli. I niestety ich występy w dużej mierze tak wyglądały. Obaj panowie grali z odtwarzaczy CD, a sposób w jaki zgrywali ze sobą kawałki dwoma ruchami ręki, wskazywał na fakt, że większość z ich setów była ułożona i skrupulatnie opisana tempami na długo przed imprezą. Większość energii, jaką wkładali w zagrane w piątek sety, koncentrowała się na stylowym przypalaniu sobie papierosów, które później trzymali zawadiacko w kącikach ust, odgarnianiu z czoła nienagannie ułożonych loków i utrzymywaniu wystudiowanej miny fotomodela.

Jeśli chodzi o sam wybór utworów zagranych w setach, to – ku mojemu zaskoczeniu – Brodinski wykazał się o wiele ciekawszym zestawem zróżnicowanej elektroniki oscylującej pomiędzy berlińskim techno, nową falą francuskiego grania i bassowych zdzieraczy parkietu. Zdarzały się słabsze momenty, ale ogólnie rzecz biorąc zagrał bardzo tanecznego, przyjemnego dla ucha seta. Gesaffelstein natomiast zaczął świetnym brzmieniowo, acz nieco nudnawym techno, a dalej było już właściwie tylko gorzej. W drugiej połowie seta na kilkanaście minut wpadł w coś, co można nazwać tylko prostackim hardstylem. Rzeczony segment całe szczęście zakończył pochodzącym ze swojego repertuaru Viol i doprawił swoją wersją Shockwave Hackera, przy którym to kawałku niżej podpisany dostaje małpiego rozumu. Wtedy dopiero zrozumiałem, że właściwie to wolałbym posłuchać nawet złożonego z autorskich kawałków Francuzów DJ seta, niż tego co naprawdę zaprezentowali. Całe szczęście reszta publiki nie podzielała najwyraźniej moich uwag, bo imprezowa atmosfera podczas występu Gesaffelsteina sięgnęła zenitu.

Reasumując – jak już wielokrotnie zostało udowodnione, nawet jeśli ktoś produkuje niesamowite brzmieniowo i rytmicznie kawałki, to nie musi być dobrym didżejem i odwrotnie. Panowie, którzy zaprezentowali się w piątek w 1500m2, należą właśnie do tej grupy artystów, którzy powinni się trzymać tego, co robią najlepiej albo uczyć się od lepszych. Ich rodacy z Logo potrafią wcisnąć w podobnie krótkiego DJ seta dwadzieścia razy tyle energii, melodii, zwrotów akcji i czystej, nieskrępowanej niczym zabawy. Przynajmniej polscy didżeje pokazali klasę.

Nie ma więcej wpisów