Niby pierwsze wrażenie jest najważniejsze, a jednak bardzo często, opierając się wyłącznie na nim, możemy dokonać błędnej oceny. Pozory mylą, szczególnie jeśli punktem odniesienia dla naszej opinii stają się czynniki zewnętrzne, jak np. wygląd. Jeżeli ktoś, kto w sobotni wieczór wybrał się w Poznaniu na koncert Lewych Łokci, a wcześniej nie wiedział, kim są członkowie zespołu, bardzo łatwo mógł ich przeoczyć, nawet w niewielkiej grupie ludzi zgromadzonych w Tanner’s Irish Pub.

Niewielka sala na piętrze, rozstawione instrumenty i kilka osób – taki widok zastał nas parę minut po godzinie 20:00. Wśród kręcących się pod sceną osób była również trójka chłopaków, na pierwszy rzut oka – studentów politechniki. Kierunek możecie wybrać sobie sami. I tylko po wystawionym kartonie z płytami można było wywnioskować, że to właśnie Lewe Łokcie, którzy już niebawem mieli stanąć przed mikrofonami. Zanim jednak o nich, słów kilka należy się supportującemu zespołowi New Guilty. Określająca siebie w kategoriach psychodelicznego rocka, międzynarodowa grupa z Poznania zaserwowała tak naprawdę dawkę przyzwoitego gitarowego grania, rodem z Wysp. Ich występ został zresztą bardzo entuzjastycznie przyjęty przez anglojęzyczną część publiczności, która zdawała się czuć jak u siebie. Niewątpliwie przygotowali słuchaczy na gwóźdź programu, czyli Lewe Łokcie.

Panowie z Częstochowy na scenie pojawili się w interesującym składzie. Za perkusją zasiadła bowiem postać bardziej przypominająca filmową Śmierć, niż perkusistę rockowej grupy, a na imię było mu Seba. Nie powiem, z garami świetnie dawał sobie radę. Nie dotykając ich w ogóle, potrafił nieźle w nie przywalić, nadając rytm reszcie chłopaków, którzy z kolei próbowali okiełznać swoje gitary. W tym szaleństwie szczególną uwagę przykuwał basista, który w swoją grę wczuwał się bardziej, niż wokaliści w wyśpiewywane słowa, choć zaangażowania tym drugim odmówić nie można. Przez cały koncert wprowadzali luźną, zabawną atmosferę, prowadząc między sobą rozmowy i opowiadając żarty.

Sednem ich wizyty była jednak muzyka. Skupię się więc na niej (choć przez chwilę). Lewe Łokcie zagrali znakomitą większość utworów ze swojej debiutanckiej płyty zatytułowanej Niewiele się zmienia. Zarówno im, jak i publiczności tak się podobało, że kawałek pt. Cztery wykonali dwa razy z rzędu. Drugi raz przy pomocy kolegi z New Guilty, który na krótką chwilę zastąpił zmęczonego machaniem pałeczkami Sebę. Chłopcy dali razem czadu. Tym właśnie utworem porwali publikę, sprawiając, że ta śmielej zaczęła wykonywać ruchy przypominające jakikolwiek taniec.

Nie ma więcej wpisów